Petera van Inwagena argumenty na rzecz chrześcijaństwa

Piotr Bylica

Peter van Inwagen (ur. 1942) to uznany amerykański filozof analityczny. Pracuje w University of Notre Dame oraz jako Research Professor of Philosophy w Duke University. Zaliczany jest do czołowych znawców i autorów, jeśli chodzi metafizykę, filozofię religii oraz problematykę wolnej woli. Jest też byłym ateistą, który nawrócił się na chrześcijaństwo. Inwagen zupełnie nie pasuje do obrazu osoby wierzącej, jaki promują niektórzy wojujący ateiści, czyli osoby uległej wobec indoktrynacji w czasach dzieciństwa, niezdolnej do samodzielnego myślenia, nieliczącej się z faktami i rozumem (odnośnie do karykatury osób religijnych w publikacjach tak zwanych nowych ateistów patrz Kiedyś byłem ateistą, ale…” – argument, który szczególnie boli wojujących ateistów). W innych tekstach publikowanych w tej sekcji prezentujemy nieco bliżej jego sylwetkę ‒ to, jak wspomina swoją drogę do wiary (patrz Peter van Inwagen o swojej drodze do Kościoła) oraz jego ogólną koncepcję racjonalności argumentów na rzecz religii (patrz Inwagen o podwójnych standardach w ocenie argumentów na rzecz religii). W niniejszym tekście skupiamy się na jego prezentacji szczegółowych argumentów, które przekonują go do chrześcijaństwa. Podobnie jak w pozostałych wspomnianych w tym akapicie tekstach poświęconych Inwagenowi, odwołujemy się tu do jego własnych analiz, które prezentuje w tekście Quam Dilecta (how lovely), dostępnym w języku angielskim w Internecie1Peter van Inwagen, Quam Dilecta (how lovely), http://mathwise.net/?p=184 [dostęp 20 VI 2020]..

 

Kwestia autorytetu i credo oświecenia

Inwagen zaczyna od spostrzeżenia, że wbrew pewnemu naiwnemu poglądowi na naturę poznania, wszyscy w jakimś stopniu opieramy nasze przekonania na różnych autorytetach. To znaczy: przyjmujemy pewne twierdzenia głoszone przez innych ludzi lub różne instytucje, ufamy tym ludziom/instytucjom, uznajemy, że się znają na tym, o czym mówią, że mówią prawdę, są wiarygodni. My sami tych twierdzeń nie sprawdzamy, a nawet nie poddajemy ocenie wiarygodności tych ludzi/instytucji za każdym razem, gdy na ich wypowiedziach opieramy swoje przekonania. W bardzo widoczny sposób dotyczy to spraw życia codziennego. Mamy więc na przykład zaufanie do twierdzeń na temat bieżących wydarzeń publikowanych w tej czy innej gazecie, pojawiających się w tej czy innej stacji telewizyjnej.

A co z kwestiami takimi jak natura Wszechświata jako całości i miejsce ludzi w tym Wszechświecie? Większość osób w naszej kulturze, jak zauważa Inwagen, odwołuje się do jednego z dwóch autorytetów: Kościoła albo oświecenia. Nazwa „oświecenie” zwykle używana jest na oznaczenie pewnego nurtu w kulturze europejskiej, który wyłonił się jakieś trzysta lat temu, a jego trwanie datuje się do początku XIX wieku. Charakteryzuje go przede wszystkim zaufanie do naturalnych władz poznawczych człowieka, szczególnie wiara w rozum, jako zdolny do samodzielnego poznania prawdy. Wielu myślicieli oświeceniowych w imię rozumu postulowało odejście od chrześcijaństwa i promowało obraz świata, w którym nie było miejsca na tradycyjną koncepcję Boga.

Inwagen, mówiąc o oświeceniu, ma na myśli ogólną ateistyczną wizję rzeczywistości:

 

Bóg nie istnieje. Tak naprawdę nie istnieje nic oprócz fizycznego Kosmosu badanego przez naukę. Istoty ludzkie są więc częścią tego Kosmosu, obiektami fizycznymi i dlatego też po śmierci przestają istnieć. Istoty ludzkie są w rzeczywistości takimi samymi zwierzętami jak inne, tyle że są bardziej złożone. Jak inne zwierzęta są wytworem bezmyślnego i pozbawionego świadomości fizycznego procesu, który nie kieruje się żadnym celem. Nie istnieje więc nic ponad ludzkością, co byłoby zdolne nadać sens lub cel ludzkiemu istnieniu. Ostatecznie jedynym złem jest ból, a jedynym dobrem – przyjemność. Jedynym sensem moralności i polityki jest minimalizacja cierpienia i maksymalizacja przyjemności. Ludzie cechują się jednak nieszczęsną skłonnością do negowania tych faktów i wiary w dające pocieszenie mity, według których ich przeznaczeniem jest wieczność. Ten irracjonalny komponent obecny w psychice większości − szczęśliwym trafem dla tego gatunku jest to, że można znaleźć kilku nieugiętych ludzi postępu, którzy przejrzeli na wylot te pocieszające mity − odpowiada za kłamstwo zwane religią. By utwierdzić swoją władzę, religie wymyślają skomplikowane i arbitralne zasady moralne oraz niestworzone koncepcje przyszłych nagród i kar. Na szczęście oszustwa religii powoli, ale nieustannie są obnażane za sprawą rozwoju nauki (która została powołana do istnienia przez nieugiętych ludzi postępu) i stopniowo zupełnie znikną dzięki kształceniu w zakresie nauki oraz oświeconemu dziennikarstwu.

 

 

Choć dla określenia dzisiejszych czasów nie używa się nazwy „oświecenie”, to ‒ zdaniem Inwagena ‒ te idee, które przybrały na sile w XVIII wieku, wciąż stanowią ważny składnik naszej kultury. Tak rozumiane oświecenie jest alternatywną siłą wobec Kościoła. Mówiąc o Kościele, Inwagen ma na myśli po prostu chrześcijaństwo, bez wskazywania określonej denominacji. Chrześcijaństwo i oświecenie podobne są zresztą do siebie pod tym względem, że w ich obrębie można wskazać różne grupy, które różnią się w swych przekonaniach dotyczących rozmaitych spraw, niekiedy nawet się wzajemnie zwalczają. Tak jak mamy różne denominacje czy wyznania w ramach chrześcijaństwa, tak samo do denominacji oświecenia można zaliczyć marksizm, freudyzm, pozytywizm, darwinizm społeczny itd. Powyższy cytat prezentuje coś, co można uznać za wyraz głównych idei czy powszechnie przyjętego credo wyznawców oświecenia.

 

 

Inwagen oświeceniowym apostatą

 

Inwagen był kiedyś wyznawcą oświecenia. Dziś uważa, że ten ateistyczny obraz rzeczywistości „pozostawia wiele do życzenia, jeśli chodzi o zgodność z faktami i czysto intelektualną argumentację […], a jego społeczne konsekwencje okazały się potworne”. Chrześcijaństwo w porównaniu z oświeceniem wypada lepiej w każdym z następujących punktów: zgodności z faktami, społecznych owoców i wpływu na życie jednostek. Poniżej przyglądamy się temu, co Inwagen ma na myśli.

 

Po pierwsze: zgodność z faktami

Kwestia zgodności z faktami dotyczy następujących spraw: początku, skończoności Kosmosu i dopasowania praw przyrody, które umożliwia powstanie życia i człowieka, kwestii wyjątkowości życia w Kosmosie, wyjątkowości człowieka na tle innych organizmów oraz istnienia samej nauki, a także jej chrześcijańskich źródeł. Ostatnim faktem, który zdaniem Inwagena szczególnie trafnie daje się ująć z perspektywy chrześcijańskiej, jest zło w działaniach człowieka.

 

Początek i skończoność Kosmosu oraz subtelne dopasowanie praw przyrody

Oświecenie okazuje się zupełnie nieprzystające do znanych dzięki nauce faktów dotyczących początku i skończoności Kosmosu. Było tak zarówno w czasie, gdy oświecenie pojawiło się w kulturze europejskiej, jak i jest w obecnej sytuacji:

 

Ulubiona oświeceniowa koncepcja Wszechświata powstała w wiekach XVIII i XIX. Zgodnie z nią Wszechświat jest nieskończony w czasie i w przestrzeni i składa się wyłącznie z materii, która jest w nieustannym ruchu. Koncepcja ta była niezgodna z tym, co mówiła dziewiętnastowieczna nauka […], a z upływem tego stulecia nauka okazywała się coraz bardziej nie do pogodzenia z tą wizją Wszechświata. Mimo to […] obraz ten […] przetrwał całe stulecie, a w niektórych kręgach uznawany jest także dziś. Współcześnie ujęcie to jest nie do przyjęcia. Obecnie nauka mówi o Wszechświecie, który rozpoczął swe istnienie określoną liczbę lat temu i który równie dobrze może być skończony przestrzennie. Rządzące w nim prawa, jak się wydaje, zawierają mnóstwo liczb, które równie dobrze mogłyby mieć inną wartość, a gdyby miały choć odrobinę inną wartość, to życie by nie powstało.

 

Inwagen zdaje sobie sprawę, że fakty te można wyjaśnić także inaczej niż przez odwołanie do teizmu chrześcijańskiego. Zwraca jednak uwagę, że ów obraz Wszechświata dobrze odpowiada temu, czego może oczekiwać chrześcijanin, podczas gdy przedstawicielowi oświecenia bardziej pasowałaby wizja Wszechświata popularna w XIX wieku (choć też nie była wtedy zgodna z twierdzeniami ówczesnej nauki). Obraz, który pokazuje nauka, okazuje się tożsamy z wyobrażeniami chrześcijan. (W sprawie wspomnianych przez Inwagena faktów z kosmologii, jak początek Wszechświata i subtelne dopasowanie praw fizyki, patrz Naturalizm w kosmologii. Część I: Problem początku Wszechświata oraz Naturalizm w kosmologii. Część II: Problem ogólnego porządku Wszechświata).

 

Brak danych o powszechności życia w Kosmosie i wyjątkowość człowieka

Inwagen pisze, że zwolennik oświecenia powinien oczekiwać, iż Wszechświat będzie wypełniony życiem oraz mnóstwem gatunków istot rozumnych. Do dziś jednak kwestia powstania życia na Ziemi jest dla nauki tajemnicą. Nie ma więc danych świadczących o tym, że życie jest czymś, co wydarza się samoczynnie, jak tylko pojawią się odpowiednie naturalne warunki. A tego nakazuje spodziewać się oświecenie. Tymczasem nie ma danych o tym, że gdzieś w Układzie Słonecznym poza Ziemią istnieją jakieś organizmy żywe. Co więcej, na samej kuli ziemskiej racjonalność okazuje się czymś wyjątkowym. Wyewoluowała tylko raz, podczas gdy różne inne własności organizmów pojawiały się niezależnie w historii życia. Na przykład postrzeganie wzrokowe powstało czterdzieści razy, latanie cztery razy. Każdą z tych własności posiadają setki tysięcy gatunków. A racjonalność powstała tylko raz i cechuje wyłącznie jeden gatunek. Ta wyjątkowość życia, a szczególnie człowieka i jego racjonalności na tle innych gatunków istot żywych ‒ nie pasuje zbytnio do wizji oświeceniowej, w której człowiek to tylko jedna z wielu form żywych, a samo życie jest prostym efektem praw przyrody. Tymczasem, jak stwierdza Inwagen: „Chrześcijaninowi […] całkowicie odpowiada idea Wszechświata, w którym ludzkość jest jedynym racjonalnym gatunkiem lub jest jednym z nielicznej grupy tego typu istot”.

Według Inwagena z oświeceniem byłaby zgodna sytuacja, gdyby między ludźmi a innymi organizmami na Ziemi była ciągłość, bez radykalnej, skokowej różnicy między nami i pozostałymi formami żywymi. Jak pisze amerykański filozof, oświecenie samo przekonało siebie, że tak się rzeczywiście rzeczy przedstawiają, i podaje różne przykłady wskazujące, że mamy do czynienia z ciągłością. Inwagen odpowiada na te przykłady, odwołując się do trafnej riposty, jaką zastosował David Berlinski, amerykański autor w dziedzinie matematyki i historii nauki:

 

Berlinski zwrócił uwagę, że zawsze da się wykazać, iż dwie rzeczy są do siebie podobne (lub „różnią się jedynie w pewnym stopniu”), jeśli tylko opisuje się je w wystarczająco abstrakcyjny sposób: „To, co bernikla kanadyjska [czyli pewien gatunek gęsi] robi, gdy zaczyna migrować, jest bardzo podobne do tego, co my robimy, gdy przeskakujemy przez rów. W każdym z tych przypadków stopy obu organizmów odrywają się od podłoża, przemieszczają się w powietrzu i opadają na ziemię gdzieś dalej”.

 

Istnienie nauki bardziej pasuje do chrześcijaństwa niż do oświecenia

Oceniając kulturę europejską, oświecenie (z której to kultury przecież samo się wywodzi) przyjmuje strategię, że wszystko, co jest w niej złego, pochodzi od chrześcijaństwa, zaś wszystko, co dobre, bierze się z oświecenia lub żyjących w różnych epokach ludzi, którzy swą postawą zapowiadali jego nadejście. Szczególne miejsce w tej strategii zajmuje nauka. Według Inwagena wbrew temu, co głosi oświecenie, pojawienie się i funkcjonowanie nauki w kulturze europejskiej wcale nie pasuje do oświeceniowej koncepcji rzeczywistości. A wygląda ona następująco:

 

Nowoczesna nauka − dla której wzorcem jest zastosowanie przez [Isaaca] Newtona równań różniczkowych dla Keplerowskich praw ruchu planet − pojawiła się w historii tylko raz. […] Oto opowieść, którą snuje oświecenie. W epoce starożytnej miałaby miejsce taka sama rewolucja naukowa, jak ta w szesnastowiecznej Europie, gdyby dosłowne odczytywanie Biblii oraz zainteresowanie chrześcijaństwa rzeczywistością nadprzyrodzoną nie zdławiło starożytnej nauki i nie zapoczątkowało wieków ciemnych. Po tysiącu lat nauka i metoda naukowa narodziły się ponownie w umyśle Galileusza (a może Kopernik miał coś z tym wspólnego). Kościół prześladował Galileusza, ale nie udało mu się zabić dziecka, które ten spłodził, i od tej pory chrześcijaństwo coraz bardziej traci grunt.

 

Ta opowieść jednak, zdaniem Inwagena, z jednej strony nie jest zgodna z faktami, a z drugiej, jak to się mówi, nie trzyma się kupy. Fakty, które przytacza Inwagen, powołując się na historyków nauki (szczególnie francuskiego historyka i filozofa nauki Pierre’a Duhema), są następujące:

 

Starożytna nauka nie miała zbyt wielu odkryć od czasu, gdy urodził się Chrystus – co wskazuje na to, że chrześcijaństwo musiałoby bardzo szybko ją zdusić. Rozwój nowoczesnej nauki nie rozpoczął się nagle w XVI stuleciu, ale był kontynuacją filozofii naturalnej uprawianej w późnym średniowieczu. […] Nie było jakiegoś szczególnego prześladowania nauki przez Kościół. W historii relacji między nauką i chrześcijaństwem nie było niczego porównywalnego z epoką Łysenki w radzieckiej biologii czy okolicznościami, z jakimi mierzyła się nauka w nazistowskich Niemczech. Gdy bliżej przyjrzeć się nagonce na Galileusza, sporowi między [Thomasem] Huxleyem i biskupem [Samuelem] Wilberforce’em lub sprawie Scopesa, okazuje się, że większość tego, co wydawało nam się, że wiemy na te tematy, nie jest prawdą, a to, co rzeczywiście miało miejsce, wcale nie wspiera oświeceniowej koncepcji o nieustannej „wojnie między nauką i teologią”.

 

O roli chrześcijaństwa w pojawieniu się nauki w kulturze europejskiej i mitach na ten temat piszemy w: Chrześcijańskie podstawy nauki. Przedstawione tam fakty odpowiadają temu, o czym mówi Inwagen. Wspominając o sprawie Galileusza, dyskusji między biskupem Wilberforce’em i Huxleyem na temat teorii ewolucji związanej z okolicznością publikacji w roku 1859 O pochodzeniu gatunków czy sprawie sądowej Scopesa z lat dwudziestych XX wieku, a dotyczącej nauczania ewolucjonizmu w jednej z amerykańskich szkół, Inwagen nawiązuje do pewnych wydarzeń, które przez zwolenników oświecenia są traktowane jako wzorcowe przykłady wojny między nauką i religią, szczególnie tłamszenia nauki przez religię. Pominiemy tu szczegółowy opis tego, jak to rzeczywiście było, bo sprawa jest złożona. Wspomnijmy jednak, że to, iż Galileusz miał problemy z Kościołem, wynikało w dużej mierze z pewnych prywatnych rozgrywek, animozji oraz buńczuczności samego Galileusza, a nie z treści jego teorii o ruchu Ziemi. Rozprawa Scopesa była tak zwaną ustawką, procesem pokazowym, specjalnie przygotowanym i przeprowadzonym, by nagłośnić sprawę nauczania ewolucjonizmu w amerykańskich szkołach publicznych. (Odnośnie do takich problemów z przedstawianiem relacji nauki i religii patrz Trudne” przypadki w relacji nauki i religii).

Oświecenie ma więc problem z rzeczywistymi faktami, jeśli chodzi o konflikt, którego wcale nie ma w dawnej historii relacji między nauką i religią, a przynajmniej nie wygląda on tak, jak rysują go zwolennicy oświecenia. Ma też problem czysto koncepcyjny, na który wskazuje jeszcze inny fakt. Otóż pojawienie się nauki jest wydarzeniem jednorazowym w dziejach ludzkości. A pojawiła się ona w cywilizacji opartej na chrześcijaństwie. Czy to przypadek? Jeśli chrześcijaństwo jest tak bardzo antynaukowe, to chrześcijańska Europa XVI wieku jest ostatnim miejscem, gdzie można spodziewać się narodzin i rozkwitu nauki. Inwagen zwraca uwagę na paradoksalność oświeceniowej koncepcji. Każe ona przyjąć, że młode i słabe kulturowo chrześcijaństwo u swego początku było niemal od razu w stanie zdławić mającą wielowiekową tradycję naukę starożytną oraz że w czasie, gdy chrześcijaństwo było już główną siłą w kulturze europejskiej, to nie dało rady zdusić dopiero co narodzonej, wątłej w swym dziecięctwie nauki. Poza tym czyż nie powinniśmy się spodziewać powstania nauki w innych kulturach, które przez wieki rozwijały się bez ograniczającego naukę chrześcijaństwa? Dlaczego na przykład nie powstała ona w Chinach? Na te pytania, co zauważa Inwagen, nie ma do dziś dobrej odpowiedzi. Dlatego jego zdaniem bardziej sensownie jest uznać, że właśnie chrześcijański charakter cywilizacji europejskich stoi za tym wyjątkowym w skali światowej faktem, jakim było powstanie nauki. Nie znaczy to, że powstanie nauki w chrześcijańskiej Europie było czymś logicznie lub przyczynowo koniecznym, niemniej należy uznać, że istnieje związek między jej powstaniem a chrześcijańskim charakterem tej kultury:

 

nauka wyrosła z zachodniego łacińskiego chrześcijaństwa, bardzo podobnie jak architektura gotycka. (To znaczy, mamy tu do czynienia ze związkiem historycznym i przyczynowym, nie zaś logicznym, a sama przyczynowość nie ma tu charakteru konieczności). Sugerowałbym, że chrześcijański obraz świata w późnym średniowieczu wytworzył umysłowy klimat, który umożliwił narodziny nauki.

 

Istnienie nauki jest więc niezgodne z oświeceniem, ale zgodne z chrześcijaństwem:

 

Chrześcijanom […] odpowiada fakt, że niezwykle skuteczne narzędzie rozumienia rzeczywistości rozwinęło się w kulturze, która została ukształtowana (jak uważają) przez wyjątkowe objawienie zamysłu i celów Stwórcy świata.

 

Zwolennicy oświecenia wskazują też często, że chrześcijaństwo kłóci się z nauką, bo wymaga wiary w cuda (w sprawie cudów zajrzyj do sekcji Cuda a nauka). Inwagen odpowiada na ten argument, wskazując, że główni twórcy nowoczesnej nauki, jak Galileusz czy Newton, wierzyli we wszystkie relacje o cudach zawarte w Nowym Testamencie. Nie ma też logicznej przeszkody, jeśli chodzi o jednoczesną wiarę w cuda i uprawianie nauki:

 

Naprawdę bardzo trudno zrozumieć, dlaczego osoby wierzące w to, że w normalnym biegu spraw przyroda działa zgodnie z mechaniczną przyczynowością, miałyby być gorszymi naukowcami, jeśli wierzą, że cuda mają miejsce w pewnych szczególnych okolicznościach, które chrześcijanie zaliczają do historii zbawienia, a nawet że często zdarzają się Lourdes.

 

Fakt zła

Zgodność chrześcijaństwa z faktem zła wyrządzanego przez ludzi jest według Inwagena najważniejszym przykładem zgodności tej religii z faktami:

 

Chrześcijańska doktryna o grzechu pierworodnym dostarcza etiologii, diagnozy oraz prognozy. Wspomnę jedynie o diagnozie i części prognozy: jesteśmy z gruntu i radykalnie źli i tego stanu nie da się przezwyciężyć żadnymi naturalnymi środkami.

 

Teza o skażeniu człowieka przez zło i niemożności zaradzenia temu za pomocą środków z tego świata jest nie do zaakceptowania dla oświecenia:

 

Oświecenie utrzymuje, że istoty ludzkie są z natury dobre lub że nie są ani dobre, ani złe, ale są nieograniczenie plastyczne. W każdej z tych koncepcji okropieństwa w traktowaniu się ludzi uznaje się za wytwór czynników społecznych, a przez to uznaje się, że dadzą się wyeliminować lub przynajmniej zredukować do umiarkowanej ilości na drodze tej czy innej formy społecznej reorganizacji. Ta reorganizacja (której naturę przedstawiciele oświecenia odkrywają dzięki żmudnemu rozmyślaniu nad tym, jak społeczeństwo powinno być zorganizowane) […] pozwoli rozkwitnąć naturalnemu dobru lub uformować ludzi tak, by zachowywali się we właściwy sposób. Taka reorganizacja jest możliwa do zrealizowania, a gdy się dokona, będzie się już utrzymywać. [Jean-Jacques] Rousseau i B[urrhus]  F[rederic] Skinner prezentują ten punkt widzenia w jego najczystszej i najbardziej nieskażonej formie (to znaczy nieskażonej kontaktem z rzeczywistością). Niemniej są inni bardziej wyrafinowani myśliciele, którzy przyjmują to stanowisko w charakterystycznej dla każdego z nich odmianie.

  

Inwagen wskazuje, że fakty są jednak takie, iż trudno zrozumieć, jak ktoś może takie stanowisko w ogóle przyjmować. To właśnie chrześcijaństwo mówiące o tym, że sama natura ludzka została skażona złem i że człowiek sam nie jest w stanie się od tego skażenia uwolnić, jest w pełni zgodne z tym, co obserwujemy w świecie. Żaden z wymyślonych programów naprawy czy kształtowania człowieka nie odniósł sukcesu, a wręcz przeciwnie: wiązał się z niewyobrażalną ilością zła i cierpienia.

Ta odpowiedniość chrześcijaństwa i faktów związanych ze złem dotyczy zresztą nie tylko kwestii ogólnospołecznych, ale też życia jednostek. Pisząc o tej sprawie, Inwagen wspomina o sobie z czasów, gdy był wyznawcą oświecenia. Ówczesna perspektywa przyczyniała się do rozbudzania w nim pełnego pychy podziwu dla siebie samego (w tej sprawie patrz też Peter van Inwagen o swojej drodze do Kościoła):

 

Gdy spoglądam wstecz na lata mojej lojalności wobec oświecenia, odkrywam, że  przywiązanie do niego było przede wszystkim czynnikiem przyczyniającym się do uwielbiania samego siebie. Wciąż, niestety, schlebiam sobie, ale przynajmniej uciszyłem głos jednego pochlebcy. („Jaki jesteś inteligentny ‒ szeptało oświecenie do mojego ucha ‒ jaki postępowy, i cóż, jaki oświecony”).

 

Inwagen jest świadom, że nie u każdego przedstawiciela oświecenia działa to w ten sposób. Wskazuje jednak, że w pismach takich oświeceniowców, jak Voltaire i David Hume, można dostrzec samouwielbienie ich autorów, a jednocześnie wiele pogardy dla innych ludzi, nie tak oświeconych:

 

Voltaire i Hume, tak samo jak ja w czasie, gdy byłem wyznawcą oświecenia, nie wydają się w ogóle być w stanie pohamować swojego samouwielbienia bez jednoczesnego szydzenia z „mleczarek” (Voltaire) – to jest: tego mnóstwa ludzi, którzy ciągną cały ten wózek, podczas gdy oświecenie popija śmietankę i spogląda na nich przez swój monokl. (Osiemnastowieczne oświecenie […]  bez wątpienia nienawidziło królów i księży, zgodnie z tym, co powszechnie wiadomo, ale najbardziej negatywne emocje oświeceniowców polegały na pogardzie wobec ludzi chodzących do kościoła i sklepikarzy. Jest to prawdą także w stosunku do obecnych przedstawicieli oświecenia […]).

 

(Samouwielbienie, swoista pycha oraz pogarda wykształconych, dobrze sytuowanych elit wobec tak zwanych ludzi ze wsi, niewykształconego motłochu, który słucha księży i daje się kupić za marny grosz, jest motywem znanym także we współczesnej Polsce. Na ile sytuacja ta ma związek z oddaniem tych rzekomych przedstawicieli rzekomych „elit” wobec oświecenia? Nie będziemy tego tu rozstrzygać). Inwagen sam bije się w pierś i przyznaje, że ze względu na swoją przeszłość nie ma powodów, by uznawać się za lepszego niż Voltaire i Hume. Do tego wciąż odczuwa pychę, o którą oskarża przedstawicieli oświecenia. Jest jednak pewna różnica między nimi a nim. Ten amerykański filozof potrafi rozpoznać tę pychę i wywyższanie siebie nad innych jako coś niewłaściwego, w rozprawieniu się z czym może mu pomóc tylko Zbawca, i jest w stanie żałować swoich grzechów. Przedstawiciel oświecenia nie ma powodów, by hamować swoją pychę. Oświecenie nie daje się pogodzić z tak ujętym faktem zła.

 

Kwestia druga: społeczne owoce oświecenia

Odwołując się do nowotestamentowej zasady „po owocach poznacie”, Inwagen przekonuje, że owocami chrześcijaństwa są nie tylko wspomniana już nauka, ale też demokracja, idea uniwersalnych praw człowieka oraz rządy prawa. Wszystkie one „zrodziły się w chrześcijańskich narodach, a jednostki, które przyczyniły się do ich rozwoju, w większości były chrześcijanami”. Inwagen przyznaje, że oczywiście nie wszyscy byli chrześcijanami, ale w rzeczywistości nawet przedstawiciele oświecenia, „którzy przyczynili się do rozkwitu tych dobroczynnych społecznych instytucji […], byli wybiórczo i niecałkowicie zdechrystianizowani”. Dlatego przykłady te nie powinny być zaliczane do owoców oświecenia. Tych czysto oświeceniowych owoców nie należy też szukać u osób, które, jak na przykład Karol Marks, były tylko teoretykami, a nie miały realnego wpływu na rządy nad społeczeństwem. Właściwe przykłady tych owoców, zdaniem Inwagena, znajdziemy w przypadkach terroru i masakr milionów ludzi, które były związane z działalnością Maximiliena de Robespierre’a  w latach dziewięćdziesiątych XVIII wieku, w czystkach w Związku Radzieckim w latach trzydziestych XX wieku, ale także w społecznych eksperymentach Pol Pota w Kambodży w latach siedemdziesiątych XX wieku:

 

Spowodowały one tysiąckrotnie więcej śmierci i nieporównywalnie więcej cierpienia niż wszystkie pogromy i wojny religijne w historii Europy. Krucjaty itp. były całkiem zwyczajnymi epizodami w odwiecznym łańcuchu przemocy, który jest głównym elementem tego, co świat nazywa historią, a co święty Paweł określa jako świat tych ciemności. Rewolucja francuska była […] czymś nowym, nowym rodzajem horroru.

 

Inwagen jednak nie dąży w swoim wywodzie do tego, by wykazywać, że wszystkie okropieństwa po epoce kulturowej dominacji chrześcijaństwa są wynikiem oświecenia. Jego cel jest skromniejszy. Po prostu na przypisywanie chrześcijaństwu zbrodni czynionych przy okazji krucjat czy inkwizycji odpowiada, wskazując na wymienione zbrodnie, które można przypisać oświeceniu, choć wcale nie uważa, by można było mówić o zrównoważeniu szali. Ciężar zbrodni w imię ateistycznej oświeceniowej ideologii wydaje się o wiele większy.

 

Po trzecie: chrześcijanie są lepszymi ludźmi niż wyznawcy oświecenia

W swym trzecim argumencie Inwagen zajmuje się dość ryzykowaną i trudną do wykazania tezą, że chrześcijanie są lepszymi ludźmi niż wyznawcy oświecenia. O co mu chodzi? Pod jakim względem, według amerykańskiego filozofa, chrześcijanie różnią się od innych? Otóż chrześcijaństwo nie wpływa tylko na życie społeczne w ogólności, ale także na życie jednostek, na to, kim i i jacy są poszczególni ludzie. Jak jednak można argumentować na rzecz wyższości chrześcijan nad przedstawicielami oświecenia? Inwagen pisze:

 

Sprawę tę muszę potraktować zwięźle, bowiem nie mam jak wyrazić świadectwa, którym dysponuję. Nie będę więc mówił o stanie rzeczy, którego istnienie nie jest przedmiotem kontrowersji, ale też jest prawdą, że nie będę mówił o niczym, co zasadniczo nie dawałoby się pogodzić z oświeceniowym obrazem świata.

 

Znam wielu ateistów, tradycyjnych ateistów typu oświeceniowego, którzy robią wyjątkowe wrażenie, są ludźmi, których życie i zachowania zasługują na najwyższe uznanie. […] Lecz każdy z tych ludzi jest imponujący we właściwy dla siebie sposób. Znam jednak chrześcijan, którzy są imponujący, a w niesamowitym wrażeniu, jakie wywołują, jest coś szczególnie chrześcijańskiego. Nigdy natomiast nie udało mi się dostrzec żadnego specyficznie „oświeceniowego” składnika obecnego w życiu tych godnych docenienia ateistów, których znam. Znam pięciu lub sześciu chrześcijan, którzy w bogactwie swego jednostkowego życia i osobowości są jak lampy, które świecą tym samym znanym, kochanym i niestworzonym światłem, które prześwieca przez karty Nowego Testamentu.

 

 

Inwagen rozpoznaje więc różnicę istniejącą w osobowości ludzi, którzy w obu przypadkach są godni podziwu i wspaniali, a jednak u znajomych chrześcijan dostrzega coś chrześcijańskiego w tej ich wspaniałości, natomiast nie potrafi wskazać niczego oświeceniowego ‒ co wiązałoby się z tym, co najwznioślejsze ‒ w osobowościach znajomych ateistów. Twierdzi, że podstawa dla jego przekonania odnośnie do tej różnicy i odnośnie do realności tego czegoś, co odpowiada za dostrzeganie owego szczególnego światła, jest tego samego typu podstawą jak ta, na której opiera codzienne rozpoznanie, że ktoś jest hojny czy uczciwy:

 

Gdy ktoś znajdzie się w obecności tego światła – gdy wsłucha się w to, jak ci ludzie się wypowiadają – to naprawdę trudno uwierzyć, że nie stoi się w obecności czegoś rzeczywiście żywego, co wykracza poza ich indywidualne życie.

 

Inwagen stwierdza, że niczego więcej nie jest w stanie powiedzieć na ten temat. Podjęcie tej kwestii (choć może trudno uznać, by wyczerpująco przedstawił sprawę) uzasadnia faktem, że doświadczenie obcowania z tego typu osobami było ważnym elementem jego nawrócenia. Bez wspomnienia o nim opis powodów, które przyczyniły się do jego nawrócenia, zawierałby poważną lukę.

 

 

Podsumowanie i wnioski końcowe

Na nawrócenie się Inwagena wpłynęły więc trzy czynniki: zgodność chrześcijaństwa z wymienionymi faktami, owoce chrześcijaństwa w postaci nauki i innych dobroczynnych instytucji społecznych oraz obserwacja życia niektórych jego przyjaciół będących chrześcijanami:

 

Gdy biorę pod uwagę wszystkie te rzecz, wydaje mi się, że muszę przyjąć wniosek, iż to Kościół jest prawdziwym autorytetem. Nie rozumiem, jak ktokolwiek może postrzegać oświecenie lub dowolną oświeceniową „denominację” jako posiadającą jakikolwiek autorytet. Credo oświecenia nie przystaje do rzeczywistości, w której żyjemy, konsekwencje społeczne oświeceniowej ideologii okazują się katastrofalne, samo oświecenie zaś nie ma zupełnie niczego do zaoferowania „mleczarkom”, a klasom rządzącym i elicie intelektualnej stwarza jedynie sposobność do samouwielbienia.

 

W tej sytuacji Inwagen uznaje, że na rzecz chrześcijaństwa przemawiają lepsze argumenty niż na rzecz oświecenia.

Moc rozstrzygająca wspomnianych argumentów jest jednak taka sama, jak w przypadku różnych stanowisk filozoficznych czy sporów politycznych. Nie wszystkie argumenty dają się wyrazić i przekazać innym osobom (w tej sprawie patrz Inwagen o podwójnych standardach w ocenie religii). Dlatego Inwagen zdaje sobie sprawę, że jego argumenty pewnie nie przekonają nikogo, kto jest wyznawcą systemu twierdzeń zupełnie odmiennego od chrześcijaństwa. Uznaje nawet, że jeśli kogoś przekonały, to osoba ta zapewne już wcześniej była chrześcijaninem, tylko nie zdawała sobie z tego sprawy. Jednak to, co zostało przedstawione w tym wywodzie, jest typowym rodzajem argumentów, które można mieć na rzecz tej czy innej opcji filozoficznej lub politycznej. Dlatego też jeśli argumentację na rzecz tego typu stanowisk uznajemy za racjonalną (choć zwykle nie przekonuje ona do zmiany zdania żadnej ze stron), to tak samo należy potraktować argumentację na rzecz chrześcijaństwa.

Jest jeszcze jedna sprawa. Inwagen przyznaje, że jego nawrócenie nie było efektem samodzielnej racjonalnej oceny argumentów. Amerykański filozof stwierdza, że bez pomocy Boga nikt nie dojdzie do wiary chrześcijańskiej. Nie zmienia to jednak faktu, że jego zdaniem wymienione argumenty są „wystarczającą racjonalną podstawą (lub dobrym powodem) dla akceptacji chrześcijańskiej wiary”. Wymienione argumenty Inwagen uznaje więc za dające racjonalną podstawę dla wiary chrześcijańskiej, ale jednocześnie uznaje, że konieczna jest rola czynnika transcendentnego, by móc rozpoznać je jako przekonujące.

Piotr Bylica

Nota bibliograficzna:

Peter van Inwagen, Quam Dilecta (how lovely), http://mathwise.net/?p=184 [dostęp 20 VI 2020].