Peter van Inwagen o swojej drodze do Kościoła

Piotr Bylica

Kim jest Peter van Inwagen?

Peter van Inwagen (ur. 1942) to uznany amerykański filozof analityczny, profesor w University of Notre Dame oraz Research Professor of Philosophy w Duke University. Zaliczany jest do czołowych postaci w dziedzinach metafizyki, filozofii religii oraz problematyki wolnej woli. W ostatnich latach publikował na temat życia po śmierci, szczególnie zmartwychwstania ciał.

Inwagen jest członkiem znamienitych organizacji naukowych, jak American Academy of Arts and Sciences, a także American Philosophical Association, którego był przez pewien czas prezesem. Przewodniczył też organizacji skupiającej filozofów chrześcijan − Society of Christian Philosophers. Zapraszany jest do wygłaszania wykładów przez prestiżowe ośrodki z całego świata. W roku 2011 otrzymał tytuł doctora honoris causa od University of St Andrews w Szkocji.

Jego walory intelektualne i kompetencje w dziedzinie filozofii nie budzą zastrzeżeń. A jednak ‒ wbrew temu, czego można oczekiwać, biorąc pod uwagę charakterystykę osób wierzących, jaką promują współcześni wojujący ateiści ‒ Inwagen jest osobą religijną. Trudno go uznać za ofiarę indoktrynacji, niezdolną do samodzielnego myślenia, niewrażliwą na fakty, nieużywającą rozumu, za osobę ślepo wierzącą, niezainteresowaną prawdą i nierozumiejącą pojęcia prawdy, za szarlatana czy oszusta (patrz Kiedyś byłem ateistą, ale…” – argument, który szczególnie boli wojujących ateistów). Deklaruje się jako chrześcijanin. Z punktu widzenia wspomnianego ateistycznego obrazu ludzi wierzących jest jeszcze gorzej, bo Inwagen był przez długi czas agnostykiem i ateistą, ale się nawrócił.

Poniżej piszemy, jak doszło do nawrócenia. Korzystamy przy tym z jego własnej publikacji na ten temat, która w języku angielskim jest dostępna w Internecie1Patrz Peter van Inwagen, Quam Dilecta (how lovely), http://mathwise.net/?p=184 [dostęp 20 VI 2020].. Stamtąd pochodzą też wszystkie cytaty przytaczane w niniejszym tekście.

 

Rodzina i religijność w okresie dzieciństwa

Ani matka, ani ojciec Petera van Inwagena nie byli religijnie zaangażowani, chyba że za pewne zaangażowanie uznać bardzo krytyczny stosunek ojca Petera do katolicyzmu i lubowanie się w lekturach Paula Blansharda, amerykańskiego autora, prawnika i socjalisty zaliczanego do świeckich humanistów, który w swoich publikacjach szczególnie wrogo odnosił się do katolicyzmu. Troje z dziadków Inwagena było niepraktykującymi protestantami, a babka od strony ojca była z kolei oddaną katoliczką.

W wieku siedmiu lat Peter został wysłany do prezbiteriańskiej szkółki niedzielnej. Inwagen wspomina, jak go uczono, że chrześcijanie wierzą, iż Jezus jest mesjaszem, a Żydzi tak nie uważają. Jako dziecko żywił nadzieję, że będzie miał okazję powiedzieć Żydom o Jezusie, i był pewny, że zmieniliby oni zdanie, gdyby ktoś ich poinformował, jak się sprawy mają. W każdym razie młody Peter bez wątpliwości przyjmował ideę, że Jezus jest Synem Bożym. Był zszokowany, gdy jego rodzice po przystąpieniu do Kościoła unitariańskiego oznajmili, że jako unitarianie nie wierzą w boskość Jezusa. Wydawało mu się, że na całym świecie tylko Żydzi nie uznają Jezusa za Syna Bożego. Jak wspomina:

 

Pamiętam, jak szedłem szkolnym korytarzem – myślę, że miałem wtedy około trzynastu lat – mówiąc buńczucznie do siebie: „Wolno mi wierzyć, że Jezus był Synem Bożym, jeśli chcę”.

 

Wkrótce jednak ten bunt przeminął i Peter stał się, jak pisze, dobrym unitariańskim chłopcem. W szkole niedzielnej dowiedział się, że opisów cudów, jakie są w ewangeliach, nie należy brać dosłownie. Na przykład nakarmienie wielu ludzi powinno się rozumieć jako wyrażenie cudu dzielenia się, będącego czymś o wiele bardziej wspaniałym niż czarodziejskie rozmnożenie bochenków i ryb, które tak naprawdę wcale nie miało miejsca.

 

Porzucenie religii

Unitarianizm to religia, w której doktryna nie jest specjalnie rozbudowana. Po prostu uznaje się Boga Stwórcę i braterstwo wszystkich ludzi. Gdy Inwagen poszedł do college’u, porzucił unitarianizm. O swoim odejściu od religii pisze:

 

Jest to coś, co przydarza się niezależnie od wyznania, ale dla unitarian to szczególnie łatwe, bo nie wiąże się z rezygnacją z jakichkolwiek przekonań. […] Nie doświadczyłem kryzysu sumienia tak powszechnego u studentów porzucających Kościół, którzy są ewangelikami lub rzymskimi katolikami. Powód jest taki, że jeśli ewangelicy lub rzymscy katolicy przestają chodzić do kościoła, trudno im uniknąć problemu uzasadnienia tego, że nie chodzą do kościoła, jeśli wierzą w to, co wierzą – o ile w istocie utrata wiary nie była powodem opuszczenia Kościoła. W przypadku unitarianizmu jest po prostu faktem, że możesz zerwać swój związek z unitarianizmem, bez zmieniania jakichkolwiek przekonań.

 

W czasach studenckich, czyli w latach sześćdziesiątych XX wieku, jak wspomina, był agnostykiem, a przez pewien okres ‒ pod wpływem tak zwanego argumentu ze zła ‒ nawet, jak mu się wydaje, ateistą. Przez krótki czas był też wierzący. Agnostyczno-ateistyczne przekonania miały charakter czysto intelektualny i nie posiadały związku ze sferą uczuciową.

Tym, co angażowało Inwagena w czasie studiów, a studiował filozofię, był jego status jako filozofa. Uważał on, że jest lepszym filozofem niż jego koledzy, a nawet niż większość jego nauczycieli. Nie był jednak, jak sądził, odpowiednio doceniany. To uczucie zranionej próżności towarzyszyło mu także w późniejszym okresie. Jak pisał:

 

Próżność ta – próżność zraniona, bo na wczesnym etapie mojej kariery nikt zbytnio nie zwracał uwagi na mnie czy moją pracę – dominowała w moim życiu wewnętrznym w latach siedemdziesiątych.

 

Odkrycie chrześcijaństwa dzięki lekturze Lewisa. Inwagen niewierzący, ale poważnie traktujący chrześcijaństwo

W czasie studiów Inwagen zaczął czytać apologetyczne teksty Clive’a Staplesa Lewisa. Przede wszystkim podobała mu się jego trylogia science fiction. Ale nie tylko to doceniał w pisarstwie angielskiego filozofa:

 

Zacząłem czytać apologetyczne pisma Lewisa […]. Uznawałem go za mistrza prozy zaangażowanej, i sądziłem – słusznie – że będę mógł się od niego wiele nauczyć, jeśli chodzi o sztukę przedstawiania argumentacji […]. Jak wielu innych, właśnie czytając Lewisa, po raz pierwszy odkryłem, czym jest chrześcijaństwo.

 

Odkrycie chrześcijaństwa nie wiązało się jednak z żadnym zaangażowaniem religijnym. Inwagen po prostu lepiej zrozumiał, jakie twierdzenia przyjmuje się w ramach chrześcijaństwa, jakie specyficzne kategorie są w nim spotykane, jak się je pojmuje, jakie są argumenty. To poznanie chrześcijaństwa było czysto intelektualne. Inwagen jednak doceniał wartość poznawczą, która się wiązała z tego rodzaju „odkryciem”. Zrozumiał, że wersja chrześcijaństwa, którą prezentowali nauczyciele w unitariańskiej szkółce niedzielnej, ale także wielu nauczycieli filozofii, była w sposób wyrachowany zniekształcona i nieadekwatna. Tymczasem chrześcijaństwo okazało się intelektualnie ważne:

 

Zrozumiałem, że chrześcijaństwo to poważna sprawa i że intelektualnie jest na bardzo wysokim poziomie. (Myślałem tak o chrześcijaństwie oczywiście ujmowanym w technicznych terminach twierdzeń, rozróżnień i argumentów).

 

Inwagen ma tu na myśli tradycyjnie rozumiane chrześcijaństwo, a nie jego liberalną czy zeświecczoną wersję, których od tamtego czasu nie był w stanie rozpatrywać jako poważnych propozycji teologicznych.

Inwagen traktował chrześcijaństwo poważnie, ale się nie nawrócił. Nie wierzył w to coś, co ono głosi, jednak teraz przynajmniej rozumiał, czym to coś jest. Rozumiał też, że intelektualny aspekt chrześcijaństwa, ów zbiór przekonań, twierdzeń i argumentów, jest jego koniecznym elementem, bez którego wiara jest niemożliwa.

 

Testowanie Boga

Pod koniec lat sześćdziesiątych miała miejsce sytuacja, kiedy Inwagen prosił Boga o wiarę. Jak wspomina:

 

uklęknąłem i modliłem się o wiarę, ale ona nie nadeszła. Nie wiem, co skłoniło mnie do wykonania tego gestu, ale przypuszczalnie musiał to być wynik odczuwania jakiejś presji, która chyba nie trwała zbyt długo. Może chodziło o coś w rodzaju wypróbowania Boga: jeśli nie obdarzysz mnie wiarą tu i teraz, to uznam, że nie istniejesz lub że Cię nie obchodzę i że ta presja, którą odczuwałem, ma w pełni naturalne wyjaśnienie oraz że do czasu jej zniknięcia ‒ trzeba ją ignorować.

 

Bóg wówczas nie spełnił jego prośby. Inwagen uznał więc, że Boga nie ma, a pewien niepokój czy napięcie związane z wiarą religijną, które rejestrował przez jakiś czas, jest tylko naturalną reakcją organizmu, ale nie należy się specjalnie tym przejmować. Dalej był więc osobą niewierzącą.

 

Intelektualne zainteresowanie chrześcijaństwem. Kariera przede wszystkim

W końcu Inwagen się ożenił (po raz pierwszy). Gdy zaczął nauczać filozofii, miał już córkę. Jednak to kariera naukowa przede wszystkim go interesowała. Jak pisze:

 

Poza rodziną moim jedynym przedmiotem zainteresowania były filozofia i kariera z tą dziedziną związana. Być może moja pierwsza żona i córka powiedziałyby, że stwierdzenie: „poza moją rodziną” ‒ jest tu niepotrzebne. Z pewnością przede wszystkim byłem zajęty zarówno moimi badaniami, jak i pragnieniem bycia uznanym i podziwianym.

 

W okresie tym Inwagen nie prowadził życia religijnego. W niedziele odpoczywał; nie chodził do kościoła. Interesował się chrześcijaństwem, ale była to czysto intelektualna dociekliwość. W roku 1973 spędził sześć tygodni w Calvin College kierowanym przez Alvina Plantingę, jednego z najbardziej uznanych filozofów współczesnych, a jednocześnie chrześcijanina, który w swej zawodowej pracy broni religii. Pobyt tam, jak wspomina Inwagen, nie miał nic wspólnego z jego rozwojem religijnym, wpłynął jednak znacząco na jego rozwój filozoficzny. Wykłady Plantingi uznał za wzorcowe dla uprawiania filozofii.

Jeśli chodzi o własne badania, to Inwagen był z nich zadowolony, ale w złość i depresję wpędzało go, że wciąż nie spotkał się z należytym, według niego, uznaniem w środowisku filozoficznym. Winą za to obarczał swoich przełożonych, którzy, jak sądził, nie dostrzegają jego talentu i wolą promować innych, choć ci inni nie są tak dobrzy jak on.

 

Stosunek do przekonań religijnych – trzy „myślowe epizody”

Inwagen przez długi czas nie przyjmował żadnych twierdzeń religijnych. Wspomina trzy ‒  jak je określa ‒ „myślowe epizody”, które ilustrują, na czym polegał ten stan:

 

Po pierwsze, pamiętam, że miałem obraz Kosmosu, fizycznego Wszechświata jako czegoś samoistnego, co po prostu jest i nie wymaga żadnego wyjaśnienia. Gdy mówię, że „miałem obraz”, to staram się opisać stan umysłu […], który jest skupiony wokół pewnego mentalnego wyobrażenia. Temu mentalnemu obrazowi, a reprezentował on całość świata, towarzyszyło poczucie, że to, co ten obraz reprezentuje, jest samoistne.

 

Inwagen, będąc już osobą wierzącą, wciąż potrafi, jak opisuje, przywołać ten obraz, lecz teraz towarzyszy temu poczucie, że to, co ten obraz reprezentuje:

 

nie jest samoistne, że musi być zależne od czegoś innego, czegoś, co nie odpowiada żadnej z własności tego obrazu, i czego w pewien sposób nie udaje się uchwycić w doświadczeniu, czegoś radykalnie innego rodzaju, niż to, co reprezentuje sam ten obraz.

 

Przez pewien czas Inwagen potrafił mentalnie dowolnie przechodzić od jednego obrazu do drugiego, czyli postrzegać świat jako byt samoistny lub jako zależny od czegoś innego. Obecnie, jak stwierdza, jest w stanie widzieć świat wyłącznie jako zależny w swym istnieniu.

Drugie wspomnienie dotyczy doktryny o zmartwychwstaniu. Peter van Inwagen tak przedstawia tę kwestię:

 

Pamiętam takie coś: staram się wyobrazić sobie, jak zmartwychwstaję, jak umarłem i teraz znów jestem żywy, budzę się po śmierci. […] wyobrażając to sobie, odczuwałem coś w rodzaju duchowej blokady. Koncepcja całego tego materialnego świata, świata rządzonego ślepymi oddziaływaniami sił, w którym istniejące prawa działają bez wyjątków i w którym nie ma miejsca na nieporządek, napierała na mój umysł z taką siłą, w sposób prawie namacalny, że próby wyobrażenia sobie tego były nieudane.

 

Obecnie Inwagen nie ma takiego problemu:

bez przeszkód mogę wyobrazić sobie zmartwychwstanie (choć bez wątpienia moja wizja tego jest zupełnie błędna) i intelektualnie zgodzić się na koncepcję rzeczywistości, która odpowiada temu, co przedstawia moja wyobraźnia.

Trzeci epizod to jednorazowe wydarzenie:

 

Czytałem opis śmierci Händla, który umierając, wyrażał pragnienie, że chce umrzeć, by móc wreszcie spotkać się ze swym słodkim zbawcą Jezusem Chrystusem twarzą w twarz. Moja reakcja na ten opis była negatywna i bardzo gwałtowna, była cichą eksplozją pogardy i litości. Można by ją oddać słowami: „Ty biedny durniu. Ty cwaniaku”. Pomyślałem, że Händel dał się nabrać, a jednocześnie coś zyskał. Choć jego wielka nadzieja była iluzją, nic nie mogło odebrać pociechy z tej nadziei, bo po śmierci już go nie będzie, więc nie będzie nikogo, kto by zobaczył, że się mylił. Nie wiem, czy starałbym się odrzeć go z tej iluzji, gdybym mógł, ale byłem w stanie uznać, że jednocześnie „był on najbardziej godnym pożałowania z ludzi” i że numer mu się naprawdę udał.

 

Przekonanie o życiu po śmierci i spotkaniu z Jezusem, jakie żywił Georg Friedrich Händel, Inwagen traktował więc jako wyraz fałszywej nadziei. Oczekiwanie jej spełnienia uważał za żałosne, choć dające pociechę, której zmarły nie zostanie pozbawiony, skoro po śmierci już go nie będzie.

 

„Święta” odraza

W latach osiemdziesiątych XX wieku Inwagen ponownie zaczął odczuwać wewnętrzną potrzebę, by zostać chrześcijaninem: „ogromne niezadowolenie z niebycia chrześcijaninem i wewnętrzny nacisk, by coś z tym zrobić”. Stan ten, w przeciwieństwie do sytuacji z lat sześćdziesiątych, gdy Inwagen modlił się o wiarę, nie przemijał. Obecnie wyrażał się między innymi w braku akceptacji dla drwin z religii i antyreligijnych postaw oraz dla wypowiedzi powszechnie spotykanych w świecie akademickim:

 

szyderstwa z Boga i Kościoła, które […] na uczelni były czymś powszechnym, stawały się dla mnie nie do zniesienia. (Szczególnie irytowało mnie milczące oczekiwanie, bym się do tych praktyk przyłączył, to całkowicie nieuzasadnione założenie, że skoro jestem członkiem społeczności akademickiej, więc oczywiście szydzenie z Boga i Kościoła traktuję jako słuszne, a nawet jako mój święty obowiązek).

 

Takie podejście do religii pełne pychy i szyderstwa Inwagen dostrzegał jako w ogóle zgodnie podzielane w świecie związanym z kręgami intelektualnymi, dziennikarskimi, artystycznymi. Pochodzące stamtąd ataki na religię wywoływały w nim poczucie buntu:

 

coraz bardziej obrzydliwe wydawało mi się to „wielkie świeckie porozumienie” odpowiadające światopoglądowi, jaki podziela prawie każdy, kto związany jest ze światem uniwersyteckim, dziennikarskim, światem literackiej i artystycznej inteligencji oraz przemysłem rozrywkowym. Wiedziałem, niezależnie od niepewności co do wielu spraw, że jedno jest dla mnie jasne: Nie mogłem znieść myśli o przynależeniu do tego porozumienia. To coś, co mnie odrzucało od tej grupy, można ująć we frazie z boisk szkolnych: „Myślą, że są tacy mądrzy!”. Po prostu buntowałem się przeciwko złorzeczącej, pełnej samozadowolenia głupocie ataków na chrześcijaństwo, które przypuszczano w ramach tego porozumienia.

 

Choć nie był jeszcze wierzący i nie odczuwał pragnienia, by „zwrócić się do Chrystusa jako [swego] Zbawcy”, ani nie miał ochoty prowadzić bogobojnego życia, to odczuwał silny pociąg, by przynależeć do społeczności chrześcijan. Zazdrościł im, że mogą rozmawiać ze sobą w sposób, w jaki robił to Lewis w swojej korespondencji, używając specyficznych dla chrześcijaństwa kategorii.

 

Akt woli i problem z chodzeniem do kościoła

Przez pewien czas Inwagen pozostawał w stanie, w którym nie było dla niego jasne, czy wierzy, czy nie. W końcu, jak pisze, dokonał „aktu woli”. Poprosił znajomego, by ten skontaktował go z księdzem. Sama rozmowa z duchownym, jak stwierdza amerykański filozof, nie okazała się pomocna. Odbyła się jednak w gabinecie, który mieścił się we właśnie budowanym kościele. Inwagen zdał sobie wówczas sprawę, że jego problem z Kościołem może wiązać się z kościołami jako budynkami, a dokładniej ‒ z chodzeniem do kościoła. Po prostu nie miał ochoty chodzić do kościoła. Odpowiednim do sytuacji aktem woli zdecydował, że zacznie to robić, choć uczestniczenie we Mszach nie wiązało się u niego ze specjalnym religijnym zaangażowaniem:

 

Zdecydowałem, że zacznę chodzić do kościoła – po prostu uczęszczać każdego niedzielnego poranka na pierwszą eucharystię – w swym zaangażowaniu nie wykraczając jednak poza pięć dolarów dawanych na tacę.

 

(Te wizyty w kościele, jak wspomina, bardzo denerwowały jego żonę, pomimo że wracał jeszcze, zanim ona się obudziła).

 

W Kościele

Inwagen dość szybko polubił chodzenie do kościoła. Zniknęła zatem dotychczasowa bariera oddzielająca go od Kościoła. Zaczął regularnie uczęszczać na Msze od września 1982 roku, gdy obchodził czterdzieste urodziny. W maju następnego roku został ochrzczony, a później przyjął też pierwszą komunię. Jak pisze o komunii:

 

Od tego momentu sakrament ten stał się centrum mojego chrześcijańskiego życia. Od tego czasu nieprzystępowanie do komunii świętej w niedzielę jest dla mnie tak samo nie do pomyślenia, jak oczernianie kolegi lub niespłacanie długu.

 

Inwagen został członkiem Kościoła Episkopalnego, który wchodzi w skład Kościołów Anglikańskich. On sam postrzega siebie jako „katolika, a Kościół Anglii jako gałąź (odciętą od innych gałęzi w wyniku historycznej tragedii) Kościoła katolickiego, o którym mówi jeden z artykułów w wyznaniu wiary”.

 

Podsumowanie i wątpliwość końcowa

Inwagen nie wpisuje się do schematu osoby religijnej promowanego przez współczesnych wojujących ateistów, jako ofiary indoktrynacji, która jest niezdolna do racjonalnego namysłu, uwolnienia się od przesądów dzieciństwa i ulega jakimś sentymentalnym złudzeniom. Jest uznanym filozofem, który po latach agnostycyzmu i ateizmu nawrócił się na chrześcijaństwo i to nie jakieś liberalne, teologicznie rozwodnione, które stara się nie urazić wykształconego człowieka. Nawet jako niewierzący Inwagen postrzegał chrześcijaństwo jako intelektualnie satysfakcjonujące. Przyczyniła się do tego w znacznej mierze lektura pism Lewisa. Dzięki niej potrafił odróżnić rzeczywiste chrześcijaństwo od karykatury, z jaką spotykał się wcześniej.

Pomimo jednak istotnej roli czynników intelektualnych w jego nawróceniu, historia nawrócenia amerykańskiego filozofa, którą przytoczyliśmy, nie zawiera odwołań do jakichkolwiek argumentów. Można by nawet odnieść wrażenie, że mamy do czynienia raczej z nawróceniem opierającym się na czynnikach subiektywnych, jakichś emocjach, odczuciach dyskomfortu, buntu przeciw antychrześcijańsko nastawionym „elitom” czy też uczuciu przyjemności wypływającej z przynależności do Kościoła, a nawet chodzenia na Msze lub z posługiwania się kategoriami typowymi dla chrześcijaństwa. Czy więc nawrócenie i religijność Inwagena przeczą idei, że wybór wiary chrześcijańskiej jest też sprawą rozumu? Inwagen tak nie uważa. Ale kwestia jest złożona, dlatego przedstawiona została w osobnym tekście Inwagen o podwójnych standardach w ocenie argumentów na rzecz religii. Jeszcze inny tekst dotyczy jego argumentów na rzecz samego chrześcijaństwa (patrz Petera van Inwagena argumenty na rzecz chrześcijaństwa). Oba pokazują, że cokolwiek powiedzieć o poglądach tego amerykańskiego filozofa dotyczących relacji między wiarą chrześcijańską a poznaniem intelektualnym, trudno mu w tej kwestii odmówić używania rozumu. Inwagen jest zresztą przedstawicielem tak zwanej filozofii analitycznej. Kto miał z nią styczność, ten wie, jak bardzo jest ona wolna od wszelkiej emocjonalności i sentymentalizmu.

 

 

Piotr Bylica

Nota bibliograficzna:

Historię swojego nawrócenia Peter van Inwagen publikuje w tekście Quam Dilecta (how lovely), http://mathwise.net/?p=184 [dostęp 20 VI 2020].

Informacje o osiągnięciach Inwagena, jego zatrudnieniu i członkostwie w towarzystwach naukowych podano na podstawie: https://en.wikipedia.org/wiki/Peter_van_Inwagen [dostęp 8 VII 2020].