Argument z bojaźni

Piotr Bylica

Wywód tu przedstawiany odwołuje się do argumentacji Clive’a Staplesa Lewisa w jego rozważaniach nad pochodzeniem religii. Nawiązywał on do rozróżnienia między zwykłym strachem i bojaźnią. Swój argument przedstawił w książce Problem cierpienia1Por. Clive Staples Lewis, Problem cierpienia, tłum. Andrzej Wojtasik, Wyd. Esprit, Kraków 2010.. Sam Lewis nie prezentował go wprost jako dowód przeciwko naturalizmowi, ale jak pokazujemy, można go w ten sposób odczytać.

 

Strach jako przyczyna religii

Zanim przejdziemy bezpośrednio do wywodu Lewisa, należy przyjrzeć się poglądowi, z którym on polemizował. Otóż jedna z popularnych koncepcji ateistycznych na temat pochodzenia religii głosi, że przyczyną pojawienia się religii w pierwotnej populacji Homo sapiens był strach, lęk przed przyrodą. Ludzie pierwotni, przez niegdysiejszych uczonych powszechnie określani mianem dzikich lub prymitywnych, nie znali praw przyrody, stąd „wymyślili” sobie, że za różnymi zagrożeniami, które na nich czyhają w świecie, kryją się jakieś duchy i do duchów tych można też zwracać się, licząc na ich łaskę. Zasadniczo wszystko, co spotykali w świecie przyrody, traktowali jako ożywione przez jakieś duchowe istoty − taką religię określa się mianem animizmu. Według jednego z poglądów na pochodzenie religii, animizm (choć są też inne propozycje pierwszej religii ludzkości, jak kult przodków, idolatria itd.) był jej pierwszą i najprostszą postacią, z której później na drodze powolnej ewolucji kulturowej wyłoniły się wszystkie religie, które dziś znamy.

Wspomnienie o prostocie pierwszej religii ludzkości i o powszechnie przyjmowanej koncepcji dotyczącej prymitywizmu pierwszych ludzi ‒ nie jest tu bez znaczenia. Istnieje pewna zbieżność w niektórych koncepcjach religioznawstwa na temat rozwoju religii i naturalistycznej biologicznej teorii pochodzenia organizmów żywych. Idea ewolucji biologicznej głosi, że tak złożone i skomplikowane formy żywe, jakie obserwujemy dziś, nie mogły powstać od razu w postaci gotowej, w jednym „rzucie”. W przekonaniu tym występuje założenie, że samoczynne powstanie czegoś skomplikowanego jest skrajnie nieprawdopodobne, a może nawet niemożliwe. Samoczynnie może natomiast powstać coś prostego, prymitywnego, co następnie w toku ewolucji stopniowo zmienia się, przyjmując coraz bardziej złożoną postać. Dlatego właśnie życie musiało zacząć się od czegoś względnie prostego, od prymitywnej formy, która mogła sama wyłonić się z materii nieożywionej, a nie od razu od ryby, konia czy człowieka. Podobnie w religioznawstwie inspirowanym teorią ewolucji biologicznej i jej założeniami przyjmuje się, że znane nam dziś religie teistyczne to ostatni z etapów ewolucji czegoś, co samoczynnie zaczęło się od bardzo prostej, prymitywnej postaci. Na tej samej zasadzie ewolucjonistycznie inspirowane nurty w badaniach nad rozwojem człowieka i kultur ludzkich w ogóle sugerowały, że pierwsi ludzie powinni być określani jako prymitywni, podobnie też wszystkie ich wytwory.

Koncepcja o prymitywizmie pierwszych ludzi staje się tu w dalszej części elementem wywodu mającego prowadzić do zupełnie odwrotnego wniosku, niż ten mówiący o naturalistycznym pochodzeniu religii. W każdym razie koncepcja, że religie współczesne zaczęły się od prymitywnej postaci, która wiązała się z lękiem przed przyrodą i miała stanowić zarówno wyjaśnienie zjawisk przyrodniczych, jak i dawać ukojenie człowiekowi pierwotnemu, stała się bardzo popularna. Prawdopodobnie niemal każdy ateista, który nie prowadzi naukowych badań nad pochodzeniem religii, przyjmuje podobne stanowisko. Wyrażali je nawet wybitni uczeni, którzy zawodowo byli bardzo odlegli od religioznawstwa. Przyjmował je na przykład Albert Einstein:

 

Jakie są więc uczucia i potrzeby, które doprowadziły ludzi do myślenia religijnego i do wiary w najszerszym sensie tego słowa? […] U ludzi pierwotnych tym, co wzbudza wyobrażenia religijne, jest przede wszystkim strach. Strach przed głodem, dzikimi zwierzętami, chorobą, śmiercią2Albert Einstein, Religia a nauka, w: tenże, Pisma filozoficzne, IFiS PAN, Warszawa 1999, s. 215 [215‒217]. .

 

Jeśli czytelnik tego tekstu jest ateistą amatorem (tzn. nie jest zawodowym antropologiem kulturowym, religioznawcą lub filozofem), to pewnie przyjmuje taką właśnie koncepcję pochodzenia religii. Jak widać, jest w dobrym gronie, skoro nawet taki autorytet jak Einstein również uważał, że religia zaczęła się od strachu przed zagrożeniami spotykanymi w przyrodzie. Zanim jednak taki ateista zacznie się delektować dobrym samopoczuciem z powodu tak zacnego towarzystwa, powinien zdać sobie sprawę, że autorytet Einsteina obejmuje fizykę i problemy z nią związane, nic natomiast nie wiadomo o jego badaniach w zakresie religii. Z jego wybitnego znawstwa w dziedzinie fizyki trudno wnioskować, że rozchodzi się ono na wszelkie obszary wiedzy i życia. Tak samo można by wnioskować, że skoro był wielkim fizykiem, to był również doskonałym mężem i ojcem. Te dwie sprawy są jednak niezależne od siebie, i tak samo autorytet Einsteina w fizyce ma się nijak do jego autorytetu w sprawie pochodzenia religii. Jak pokazujemy w dalszej części, pogląd o pochodzeniu religii odwołujący się do strachu przez zagrożeniami naturalnymi jest trudny do utrzymania.

 

Bojaźń i groza (tremendum), a nie strach przyczyną religii

Ten strach, który miałby być źródłem myślenia religijnego, to strach, który pojawia się w normalnych sytuacjach zagrożenia, to strach o swoje zdrowie i życie. Lewis wskazywał, że istnieje pewne uczucie, które jest podobne do strachu, ale pod ważnymi względami różne od strachu przed dzikimi zwierzętami i tym podobnym, które bardziej odpowiada temu, co można uznać za związane z początkiem religii. Choć on sam nie prezentował swoich analiz na ten temat jako dowodu przeciwko naturalizmowi, to w jego rozważaniach dopatrzyć się można rozumowania, które ma podważać naturalistyczną wersję pochodzenia religii, a przez to i sam naturalizm w ogóle.

Lewis odwoływał się do tak zwanego doświadczenia numinotycznego opisanego przez niemieckiego religioznawcę i filozofa Rudolfa Otto (1869‒1937). Było to doświadczenie związane ze specyficznym uczuciem, które Otto oddawał za pomocą słowa „bojaźń”. Miało to być doświadczenie i uczucie, które pojawia się w kontakcie człowieka z tym, co święte, z sacrum. Właśnie to doświadczenie miało według Rudolfa Otto być istotą każdej religii:

 

To, o czym mówimy i co usiłujemy poniekąd sprecyzować, a mianowicie sprowadzić do uczucia, żyje w każdej religii jako coś, co dla niej jest czymś najbardziej skrytym i bez czego nie byłaby ona w ogóle religią3Rudolf Otto, Świętość. Elementy irracjonalne w pojęciu bóstwa i ich stosunek do elementów racjonalnych, tłum. Bogdan Kupis, Thesaurus Press,....

 

Kontaktowi z tym, co święte, towarzyszą różne uczucia, ale do najbardziej podstawowych należy tremendum, co na polski można przetłumaczyć jako bojaźń lub grozę. Otto podkreślał, że tremendum nie jest tym samym uczuciem, które zwykle określa się jako strach, choć jest to uczucie zbliżone do strachu:

 

Na pozytywne „jak” rzeczy, o którą nam chodzi, wskazuje przede wszystkim określenie tremendum. Tremor jest sam w sobie tylko strachem, dobrze znanym naturalnym uczuciem. Posługujemy się nim tu jako najbliżej stojącym, ale przecież tylko analogicznym określeniem dla wyrażenia całkiem szczególnej reakcji uczuciowej, która ma wprawdzie pewne podobieństwo do strachu i dlatego w sposób analogiczny może być przezeń określana, ale sama jest czymś zgoła różnym od obawiania się czegoś4Otto, Świętość…, s. 40..

 

O jednym z wyrazów tego uczucia pisał:

 

Jest to strach pełen wewnętrznego drżenia, jako że nie może wzbudzić go nic stworzonego, nawet to, co najgroźniejsze i wszechmocne. Ma on w sobie coś „upiornego”5Otto, Świętość…, s. 41..

 

Otto uważał, że to szczególne uczucie zapoczątkowało religię i jej rozwój. Uczucia religijne nie ograniczają się tylko do tego jednego uczucia, bo przecież stosunek do tego, co święte, wyraża się też innymi uczuciami, ale wszystko zaczęło się od bojaźni:

 

W swoim czasie, kiedy polemizowałem z animizmem Wundta, zaproponowałem dla rzeczy, o którą nam chodzi, nazwę „Scheu” (bojaźń) […]. Albo „religijna bojaźń”. Jej stopniem przygotowawczym jest „demoniczny lęk” (paniczny strach) ze swoim apokryficznym pogłębieniem, „upiornym lękiem”. I w uczuciu tego, co budzi grozę (niemieckie „des Unheimliche”, angielskie „uncanny”), znajduje ona swój pierwszy odruch. Z tego lęku i jego pierwotnej formy, z tego raz niegdyś przełamanego w pierwszym odruchu uczucia „czegoś budzącego grozę”, które jako nowe i obce pojawiło się w umysłach ludzi pierwotnych, bierze początek rozwój religijnohistoryczny. Wraz z pokonaniem tego uczucia zaczęła się nowa epoka ludzkości. W nim mają swe źródło zarówno demony, jak i bogowie6Otto, Świętość…, s. 41..

 

Lewis starał się wykazać, że bojaźń jest czymś zupełnie innym niż strach przed niebezpieczeństwem, który ma pochodzenie w pełni naturalne, i że nie daje się do niego sprowadzić:

 

Gdyby powiedziano nam, że w sąsiednim pomieszczeniu znajduje się tygrys, wiedzielibyśmy, że grozi nam niebezpieczeństwo i prawdopodobnie poczulibyśmy strach. Gdyby jednak powiedziano nam, że w sąsiednim pomieszczeniu jest duch, to ‒ zakładając, że w to wierzymy – nasz lęk miałby inny charakter. […] źródłem strachu jest sam fakt, że to duch. Duch jest raczej „niesamowity” niż niebezpieczny, a ten szczególny rodzaj lęku, jaki wywołuje, nazywany bywa Bojaźnią. Kontakt z tym, co niesamowite, pozwala otrzeć się o granicę doświadczenia numinotycznego7Lewis, Problem cierpienia…, s. 14..

 

Wyobraźmy sobie, że jesteśmy przekonani o tym, iż jest to jakiś rzeczywiście „potężny duch”. Według Lewisa:

 

Nasze uczucia różniłyby się od zwykłego lęku przed niebezpieczeństwem, jednak bylibyśmy głęboko zaniepokojeni. Odczuwalibyśmy zdumienie i swoiste „kurczenie się” ‒ poczucie własnej nieodpowiedniości, by móc radzić sobie z takim gościem, i ukorzenia się przed nim – uczucie, które można wyrazić słowami Szekspira: „obok niego czuje się duch mój uciśnionym”8Lewis, Problem cierpienia…, s. 14..

 

Według Lewisa uczucie bojaźni nie bierze się ze strachu ani nie jest jego kontynuacją czy jedynie silniejszą odmianą. Nie sprowadza się do niczego, co może w nas wywołać kontakt z czymkolwiek z tego świata:

 

Bojaźń […] nie jest rezultatem wnioskowania z widzialnego wszechświata. Nie ma możliwości przejścia od zwykłego poczucia zagrożenia do poczucia niesamowitości, a tym bardziej do pełnego doświadczenia numinotycznego9Lewis, Problem cierpienia…, s. 17..

 

Gdy człowiek przechodzi od fizycznego strachu do grozy i bojaźni, przeskakuje na inny poziom […] groza i bojaźń leżą w innym wymiarze niż strach10Lewis, Problem cierpienia…, s. 18..

 

Jeśli Lewis i Otto mają rację, to strach i bojaźń są dwoma różnymi uczuciami. Pierwsze bierze się z kontaktu z zagrożeniami, które spotykamy w tym świecie, i w tym sensie ma ono naturalną przyczynę. Tremendum, o którym pisał Otto, nie jest wywoływane przez żadną rzecz z tego świata.

 

Co z tego wynika?

Na dwa sposoby można dokonać logicznie uprawnionego przejścia od powyższych ustaleń do antynaturalistycznego wniosku.

Przede wszystkim jeżeli uczucie bojaźni nie jest przedłużeniem zwykłego poczucia zagrożenia i pochodzenie bojaźni nie daje się wyjaśnić przez odwołanie się do naturalnych przyczyn, to powstanie tego uczucia byłoby elementem ludzkiego doświadczenia i stanowiłoby lukę w naturalistycznym obrazie świata11Por. Piotr Bylica, Rozum wobec żałoby: argumenty apologetyczne C.S. Lewisa w obliczu dotkliwej straty. Część I: Rozum, „Przegląd Religioznawczy”.... Mamy tu wnioskowanie oparte na prawie logiki znanym jako modus ponendo ponens: jeśli istnieją fakty, których naturalizm nie potrafi wyjaśnić, to nie jest on prawdziwy; takim faktem jest uczucie bojaźni, zatem naturalizm nie jest prawdziwy. Można też odwołać się do prawa znanego jako modus tollendo tollens: jeśli naturalizm jest prawdziwy, to potrafi wyjaśnić naturalistycznie każdy fakt; nie jest prawdą, że naturalizm potrafi wyjaśnić każdy fakt (nie potrafi naturalistycznie wyjaśnić pochodzenia uczucia bojaźni), zatem naturalizm jest fałszywy.

Lewis w Problemie cierpienia odwoływał się też do tekstów autorytetów z dziedziny religii oraz literatury światowej, by wzmocnić przesłankę o różnicy między bojaźnią i strachem poprzez wskazanie na dwie rzeczy − na powszechność doświadczenia bojaźni oraz na to, że doznający tego uczucia bardzo różnią się od „prymitywnych” czy „dzikich” ludzi. W ten sposób Lewis chciał pokazać, że nawet gdyby uznać pierwszych ludzi za prymitywnych (on sam był daleki od tego), to trudno tę samą cechę przypisywać wielkim i uznanym postaciom z różnych kultur świata. Lewis wskazywał na świecką literaturę europejską (Makbet Williama Szekspira, Preludium Williama Wordswortha, Le Morte d’Arthur Thomasa Malory’ego), literaturę pogańską (Fasti Owidiusza, Eneida Wergiliusza), Stary Testament, ale przytaczał też literaturę dla dzieci. Tym ostatnim, tak nieoczywistym, przykładem był fragment książki O czym szumią wierzby, w którym opisana jest sytuacja, gdy Szczur i Kret zbliżają się do wyspy zamieszkanej przez bożka Pana:

 

− Szczurze – wyjąkał wreszcie zdyszanym szeptem [Kret], drżąc cały. – Czy ty boisz się?

− Czy ja się boję? – mruknął Szczur, a oczy miał przepełnione bezbrzeżną miłością. – Bać się? Jego? Nigdy, przenigdy! A jednak, Krecie, boję się12Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby, tłum. Maria Godlewska, Wrocław 1999, s. 118‒119, cyt. za: Lewis, Problem cierpienia…, s.....

 

Po tych przykładach Lewis przeprowadził rozumowanie, które miało pokazać, że nie do przyjęcia jest inne wyjaśnienie pochodzenia bojaźni niż odwołujące się do kontaktu z czymś nie z tego świata. W rozumowaniu tym można rozpoznać kolejne prawo logiki, mianowicie sylogizm alternatywno-rozłączny:

 

W istocie, zdają się istnieć tylko dwa poglądy, jakie możemy utrzymywać na temat bojaźni. Albo jest ona jedynie pewnym nastawieniem w ludzkim umyśle, które nie odpowiada niczemu obiektywnemu i które nie służy żadnej biologicznej funkcji, lecz nie wykazuje skłonności do zaniku, nawet, gdy ów umysł osiąga pełnię swego rozwoju u poety, filozofa lub świętego – lub też stanowi ona bezpośrednie doświadczenie czegoś prawdziwie nadprzyrodzonego, czemu słusznie można by nadać miano objawienia13Lewis, Problem cierpienia…, s. 19..

 

Uczucie strachu pełni funkcję biologiczną, bo pozwala nam na rozpoznawanie i unikanie zagrożeń, jakie można spotkać w świecie. Bojaźń nie wiąże się natomiast z żadnym zagrożeniem fizycznym. Czym innym jest strach przed goniącym nas tygrysem, a czym innym strach (przynajmniej zbliżony do bojaźni) przed zmarłym człowiekiem. Zmarły człowiek przecież, inaczej niż tygrys lub żywy człowiek, nie jest w stanie nieść ze sobą fizycznego zagrożenia. Bojaźń więc to nie zwykły strach, bo nie wiąże się z fizycznym zagrożeniem. Jednocześnie bojaźń jest czymś znanym ludzkości od zarania jej dziejów, stąd może się brać sugestia, że cechuje ludzi prymitywnych. Ale występuje ona także u osób w pełni cywilizowanych, prezentujących wysoki poziom umysłowy. Można powiedzieć, że jest podstawową uczuciową reakcją na sytuację, gdy zostaje przerwana „zasłona” ze słonecznego światła, która zakrywa przed nami Boski świat, nadprzyrodzony świat, gdy tamten świat wkracza jakoś do naszego świata lub gdy nam udaje się jakoś przebić na drugą stronę przez „zasłonę” doczesności. Lewis sugerował, że rozsądniej byłoby uznać bojaźń, o której donoszą wybitne dzieła i jednostki, za wyraz czegoś, co powstaje w wyniku rzeczywistego kontaktu z czymś nadprzyrodzonym niż tylko za pozostałość po naszych prymitywnych przodkach. Skoro bojaźń nigdy, nawet u naszych przodków, nie wynikała ze strachu przed zwyczajnym zagrożeniem i skoro jej doświadczenie występuje także u osób z wyżyn ludzkiej cywilizacji, to naturalistyczne wyjaśnienie jej genezy należy uznać za błędne. Jeśli tak jest, to pozostaje wyjaśnienie nienaturalistyczne. A jeśli tak, to naturalizm jest fałszywy.

Tak można by przedstawić rozumowanie zawarte w wywodzie Lewisa, a przynajmniej jego wywód dopuszcza przedstawioną wyżej argumentację.

 

Piotr Bylica

Przypisy:

  • 1 Por. Clive Staples Lewis, Problem cierpienia, tłum. Andrzej Wojtasik, Wyd. Esprit, Kraków 2010.
  • 2 Albert Einstein, Religia a nauka, w: tenże, Pisma filozoficzne, IFiS PAN, Warszawa 1999, s. 215 [215‒217].
  • 3 Rudolf Otto, Świętość. Elementy irracjonalne w pojęciu bóstwa i ich stosunek do elementów racjonalnych, tłum. Bogdan Kupis, Thesaurus Press, Wrocław 1993, s. 33.
  • 4 Otto, Świętość…, s. 40.
  • 5 Otto, Świętość…, s. 41.
  • 6 Otto, Świętość…, s. 41.
  • 7 Lewis, Problem cierpienia…, s. 14.
  • 8 Lewis, Problem cierpienia…, s. 14.
  • 9 Lewis, Problem cierpienia…, s. 17.
  • 10 Lewis, Problem cierpienia…, s. 18.
  • 11 Por. Piotr Bylica, Rozum wobec żałoby: argumenty apologetyczne C.S. Lewisa w obliczu dotkliwej straty. Część I: Rozum, „Przegląd Religioznawczy” 2019/1(271), s. 140‒141 [129‒143].
  • 12 Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby, tłum. Maria Godlewska, Wrocław 1999, s. 118‒119, cyt. za: Lewis, Problem cierpienia…, s. 15.
  • 13 Lewis, Problem cierpienia…, s. 19.

Nota bibliograficzna:

Albert Einstein, Religia a nauka, w: tenże, Pisma filozoficzne, tłum. Kazimierz Napiórkowski, IFiS PAN, Warszawa 1999.

Kenneth Grahame, O czym szumią wierzby, tłum. Maria Godlewska, Wrocław 1999.

Clive S. Lewis, Problem cierpienia, tłum. Andrzej Wojtasik, Wyd. Esprit, Kraków 2010.

 

Podstawą wykorzystaną w tym opracowaniu jest artykuł Piotra Bylicy Rozum wobec żałoby: argumenty apologetyczne C.S. Lewisa w obliczu dotkliwej straty. Część I: Rozum, „Przegląd Religioznawczy” 2019/1(271), s. 129‒143.