Wspomnienie świętego Jana Marii Vianneya

M.C. Holbrook

Wspomnienie świętego Jana Marii Vianneya

Jak jeden skromny proboszcz z zapomnianej wioski przemienił duchowo całą Francję? Historia św. Jana Marii Vianneya pokazuje, że miłość, pokora i składanie siebie w ofierze potrafią rozbudzić wiarę nawet tam, gdzie wszystko zdaje się stracone. Poznaj tajemnicę oddziaływania świętego i odkryj, jak również ty możesz stać się narzędziem Bożej łaski – w rodzinie, we wspólnocie, a może i w całym świecie.

 

Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!1Mk 16, 15; wszystkie cytaty i nawiązania do Biblii wg: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, wyd....

 

Święty Jan Maria Vianney był zwykłym proboszczem obejmującym opieką duszpasterską parafian w małym miasteczku Ars we Francji. Wysłano go do Ars z jedną tylko misją – przywrócenia miłości i wiary w miejscowości, w której obie niemalże zupełnie zanikły. Zanosiło się na ciężkie, a może i niewykonalne zadanie.

Gdzie leży przyczyna zaniku wiary w Ars? Tam, gdzie leży przyczyna zaniku religijności w prawie całej Francji; rewolucja francuska uderzyła z całą mocą w wiarę ludu i zdołała niemal całkowicie ją unicestwić, pozostawiając niezliczone rzesze bez edukacji religijnej i eliminując głębsze zainteresowanie wszystkim, co z religią związane. Wielu mieszkańców Ars już nawet nie wierzyło w Boga.

Obecnie curé d’Ars [proboszcz z Ars] jest osobą powszechnie znaną w Kościele, a ludzie, którzy wiedzą o świętym Vianneyu choć trochę, rozumieją, że za jego sprawą wiele osób się nawróciło nie tylko w Ars, ale i w całej Francji. W na pozór beznadziejnej sytuacji Vianney przywrócił nadzieję i na nowo rozpalił płomień wiary w ludzkich sercach!

Jak sprostał tak ogromnemu zadaniu? Jeśli zrozumiemy odpowiedź na to pytanie, może i nam uda się współdziałać z łaską konieczną do odwrócenia beznadziejnych sytuacji, z którymi sami się zmagamy, zarówno w rodzinie, jak i w różnych wspólnotach, kiedy może się zdawać, że wiara w nich niemal wygasła.

Pan skierował do mnie to słowo: »Synu człowieczy, ustanowiłem cię stróżem nad pokoleniami izraelskimi. Gdy usłyszysz słowo z ust moich, upomnisz ich w moim imieniu […]«2Ez 3, 16–17..

Gdy miałam 20–30 lat, świeżo po powrocie do katolicyzmu, byłam tak podekscytowana moją wiarą, że ledwo mogłam to wytrzymać! Po raz pierwszy w życiu wiedziałam bez cienia wątpliwości, że Bóg istnieje naprawdę, a Kościół ustanowiony przez Jezusa Chrystusa jest jedynym prawdziwym Kościołem. Podobnie jak większość neofitów chciałam, żeby wszyscy żyli w tej samej prawdzie, aby odnaleźli tę samą radość, której ja zaznałam!

Niestety, tę moją ekscytację należałoby nazwać raczej pasją, a nie gorliwością. W czym przejawiała się ta pasja? W opowiadaniu innym o zasadach. Jako początkująca ewangelizatorka ochotniczka „poinformowałam” koleżankę, która nie była katoliczką, że będzie mile widziana na Mszy św., ale nie będzie mogła przyjąć Komunii św. Na moje usprawiedliwienie powiem, że naprawdę wierzyłam, że milczenie na ten temat byłoby przejawem tchórzostwa, przed którym przestrzega nas prorok Ezechiel.

Jeśli powiem bezbożnemu: „Z pewnością umrzesz”, a ty go nie upomnisz, aby go odwieść od jego bezbożnej drogi i ocalić mu życie, to bezbożny ów umrze z powodu swego grzechu, natomiast Ja ciebie uczynię odpowiedzialnym za jego krew3Ez 3, 18..

Problem polegał na tym, że może i nie brakowało mi odwagi, ale moja wypowiedź nie wynikała z troski o to, co jest dobre dla koleżanki. Po prostu nie chciałam, żeby obraziła moją wiarę, przyjmując Jezusa niegodnie. Oczywiście nie zakładam, że wiem, jak Jezus postrzega tych, którzy przyjmują Go w Eucharystii bez prawdziwej wiary, że jest On w Sakramencie obecny. Z całą pewnością jednak wiem, że w tamtej chwili w moim najgłębszym przekonaniu osobą, która powinna się najbardziej martwić o to, żeby nie obrazić Jezusa, byłam ja.

A jednak księga Ezechiela mówi jasno: mamy obowiązek upominać innych, gdy robią coś złego, zwłaszcza jeśli nie zdają sobie z tego sprawy. W przeciwnym razie będziemy odpowiedzialni za ich grzech, a to wywiera na nas ogromną presję! Jak mówić na temat niegodnego przyjmowania Komunii, nie płosząc rozmówcy? W jaki sposób św. Jan Maria Vianney zwracał innym uwagę i upominał ich tak, że udało mu się przyciągnąć dziesiątki tysięcy ludzi z powrotem do praktykowania wiary? Odpowiedź kryje się w najbardziej poruszającym słowie w historii Kościoła, w słowie miłość. Święty Jan Maria Vianney kochał swoje owce, a miłość kapłana była tak wielka, że aż wróciły one do Kościoła katolickiego.

Oczywiście w naszym przypadku plan miłości nie zawsze zdaje się działać; może się wydawać, że nie potrafimy przyciągnąć do Kościoła ani jednej duszy! Być może jednak nasze pojmowanie miłości do kogoś, kto grzeszy i jest w błędzie, różni się od rozumienia św. Jana Marii Vianneya. Unikanie niezręczności w rozmowach nie jest tym samym, co miłość. Co prawda mogłam nie odezwać się, żeby nie urazić koleżanki, jednak dopuszczenie do przyjęcia przez nią Eucharystii bez wiary również nie byłoby właściwe. Możemy być pewni, że Jezus kochał ludzi ze swojego rodzinnego miasta – wszak wśród nich dorastał! Jednak mimo to obrazili się na Jego pełne miłości słowa4Mt 13, 57.. Zatem, jakie wnioski możemy z tego wyciągnąć? Takie, że reakcja na nasze słowa nie jest wyznacznikiem tego, czy upomnieliśmy kogoś prawidłowo, zgodnie z wolą Bożą. Co w takim razie jest tym wyznacznikiem? Otóż jest nim to, co mieszka w naszym sercu.

Naturalnie, św. Jan Maria Vianney nie nawrócił niemal całej Francji, puszczając oko do każdego z osobna. W ciągu dziewięciu lat od kiedy został proboszczem w Ars miasteczko stało się celem pielgrzymek, a kiedy  życie kapłana dobiegło końca, do Ars pielgrzymowało już ponad dwadzieścia tysięcy osób rocznie. To bardzo duża liczba ludzi, którym trzeba by było indywidualnie poświęcić czas, i w których kochanie trzeba by było włożyć wysiłek! Jak więc Vianney sam nawrócił wszystkich tych ludzi? Właściwie… on tego nie zrobił.

Święty Jan Maria Vianney posługiwał się skuteczną bronią w walce o wiarę. Proboszcz Vianney poświęcił życie innym ludziom, ofiarowując za nich pokutę i modlitwę, w które wkładał całą swoją miłość, jaką nosił w sercu, dzięki czemu otrzymywał z nieba łaskę spływającą na tysiące dusz, potrzebną do ich nawrócenia. My również dysponujemy taką bronią.

Święty Jan Maria Vianney koncentrował się na dokonywaniu pełnych miłości, czynów ofiarnych w intencji bliźnich, a nawracanie dusz zostawiał Bogu! Zapewne miały miejsce sytuacje, kiedy Vianney przestrzegał ludzi przed popełnieniem grzechu czy błędu. Jednak przede wszystkim dniami i nocami składał siebie w ofierze, spowiadając po jedenaście, a nawet szesnaście godzin dziennie i ofiarowując swoją pokutę oraz modlitwę za dusze, z których każdą z osobna kochał całym sercem.

Od św. Jana Marii Vianneya uczmy się mocy ofiary składanej z samego siebie. Uczmy się mocy pokory. Uczmy się mocy miłości, która może być również naszym udziałem. Za sprawą Bożej łaski ta moc może nawrócić cały świat – dusza za duszą.

M.C. Holbrook

Przypisy:

  • 1 Mk 16, 15; wszystkie cytaty i nawiązania do Biblii wg: Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu. Biblia Tysiąclecia, wyd. 3 poprawione, Wydawnictwo Pallottinum, Poznań – Warszawa 1990.
  • 2 Ez 3, 16–17.
  • 3 Ez 3, 18.
  • 4 Mt 13, 57.

Nota bibliograficzna:

Przekład: Barbara Marczak

Tekst ukazał się pierwotnie w serwisie „Catholic Exchange” pod tytułem Memorial of Saint John Vianney; https://catholicexchange.com/memorial-of-saint-john-vianney/. Tłumaczenie i przedruk za zgodą Redakcji „Catholic Exchange”.