Hotel Hilberta a początek wszechświata. Część I: Wspólny głos matematyki, kosmologii i filozofii

Piotr Bylica

Hotel Hilberta a początek wszechświata. Część I: Wspólny głos matematyki, kosmologii i filozofii

Czy nieskończoność naprawdę może istnieć w świecie fizycznym – a jeśli nie, to co mówi nam to o samym początku wszechświata? W pierwszej części rozważań przyglądamy się fascynującemu splotowi matematyki, kosmologii i filozofii, w którym paradoks hotelu Hilberta staje się kluczem do zrozumienia jednego z najstarszych pytań ludzkości: czy czas mógł trwać wiecznie, czy też wszystko zaczęło się w jednym, absolutnym punkcie?

  

Czy wszechświat miał początek?

Od tysiącleci ludzie zastanawiają się, czy rzeczywistość, którą znamy, istnieje odwiecznie, czy też miała swój absolutny początek. W starożytności wielu filozofów, z Arystotelesem na czele, skłaniało się ku wizji wiecznego kosmosu. Współczesna nauka przez długi czas również wahała się między koncepcją odwiecznego wszechświata a ideą jego narodzin w określonym punkcie czasu.

Dopiero XX wiek przyniósł przełom w tej debacie. Odkrycie rozszerzania się wszechświata (Edwin Hubble), teoria Wielkiego Wybuchu, badania mikrofalowego promieniowania tła i współczesne modele kosmologiczne sprawiły, że większość uczonych przyjmuje dziś, iż czas i przestrzeń miały początek. A wraz z nimi cała materia i energia.

Nie wszyscy jednak godzą się z tym wnioskiem. Niektórzy filozofowie i fizycy – kierowani intuicyjną niechęcią do początku absolutnego lub obawą przed implikacjami metafizycznymi – próbują obronić koncepcję wiecznego kosmosu lub zaproponować modele „bezczasowego” istnienia materii przed Wielkim Wybuchem.

Jednym z najbardziej eleganckich i zarazem zaskakujących argumentów na rzecz tezy o początku wszechświata jest rozumowanie oparte na paradoksach nieskończoności. Szczególne miejsce w tej dyskusji zajmuje słynny „hotel Hilberta” – eksperyment myślowy autorstwa Davida Hilberta (1862–1943). Ten wybitny matematyk przełomu XIX i XX wieku w fascynujący sposób pokazuje, jak osobliwie i nielogicznie zaczyna wyglądać obraz rzeczywistości, gdy próbujemy wprowadzić do niego aktualną nieskończoność. Współcześnie najważniejszym i najbardziej rozpoznawalnym obrońcą argumentu z nieskończoności w kontekście początku wszechświata jest amerykański filozof William Lane Craig. To on nadał eksperymentowi Hilberta szczególną rangę w filozofii religii i kosmologii, pokazując, że paradoksy aktualnej nieskończoności nie są jedynie matematyczną ciekawostką, lecz mają głębokie konsekwencje dla zrozumienia natury czasu i początku kosmosu. Craig od ponad czterech dekad rozwija i broni tzw. argumentu kosmologicznego typu kalam (patrz: Argument kalam; Argument kosmologiczny kalam – ujęcie naukowe), przywracając go do centrum współczesnej debaty filozoficznej. Odwołując się do hotelu Hilberta, Craig argumentuje, że z paradoksu tego wynika, iż „wszechświat nie mógł trwać wiecznie”; musiał mieć początek. W kolejnych częściach pokażemy, jak ten z pozoru czysto myślowy eksperyment przekłada się na bardzo konkretne pytanie o początek świata.

 

Nieskończoność w matematyce i rzeczywistości

Słowo „nieskończoność” brzmi tajemniczo i wzniośle. W języku potocznym kojarzymy je z czymś bez granic. Jednak w filozofii i matematyce pojęcie nieskończoności ma precyzyjny charakter i to właśnie jego właściwe zrozumienie stanowi klucz do pytania o początek wszechświata.

Najpierw trzeba rozróżnić nieskończoność potencjalną i nieskończoność aktualną, klasyczne pojęcia wywodzące się z filozofii Arystotelesa. Pojęcie nieskończoności potencjalnej oznacza proces, który może trwać bez końca. Możemy na przykład liczyć: 1, 2, 3, 4, 5… i zawsze da się dodać kolejną liczbę. Ten proces nigdy się nie zamknie i w tym sensie jest nieskończony. Nieskończoność aktualna to natomiast nieskończona całość istniejąca jako kompletna, „gotowa” rzeczywistość. Wyobrażamy sobie, że wszystkie elementy nieskończonego zbioru istnieją naraz i w pełni. To właśnie ten rodzaj nieskończoności prowadzi do paradoksów zarówno logicznych, jak i metafizycznych.

Od czasów Georga Cantora (1845–1918), pioniera teorii mnogości, matematyka dopuszcza pojęcie aktualnej nieskończoności jako abstrakcyjny model, na którym można prowadzić poprawne obliczenia. Możemy operować na zbiorze liczb naturalnych, który jest nieskończony, i uzyskiwać logicznie poprawne wyniki.

Ale co innego liczyć symbole na kartce, a co innego twierdzić, że w realnym świecie może istnieć faktycznie nieskończona liczba bytów czy zdarzeń. Jak zauważył Hilbert, nieskończoność jest ideą, natomiast w rzeczywistości fizycznej nie znajduje dla siebie miejsca. Matematyczne konstrukty są idealizacjami, tzn. są wytworami umysłowymi; rzeczywistość fizyczna ma inną naturę. Nawet przestrzeń kosmiczna i czas, choć wydają się nieograniczone, podlegają prawom fizyki i nie zachowują się jak czyste abstrakcje logiczne.

 

Paradoks hotelu Hilberta – eksperyment myślowy, który zadziwia

Aby zobaczyć, jak osobliwe konsekwencje niesie ze sobą pojęcie aktualnej nieskończoności, rozważmy słynny eksperyment myślowy Hilberta. Wyobraźmy sobie wyjątkowy hotel – taki, który posiada nieskończoną liczbę pokoi: pokój nr 1, pokój nr 2, pokój nr 3… i tak bez końca. Co więcej, wszystkie te pokoje są zajęte. Mamy więc pełen hotel – a jednak… może on przyjąć kolejnych gości. (W świecie nieskończonych liczb zawsze można „zrobić miejsce”, przesuwając wszystkich o jeden numer dalej). Przychodzi nowy podróżny i prosi o pokój. W zwykłym hotelu recepcjonista musiałby odpowiedzieć: „Przykro mi, nie mamy wolnych miejsc”. Ale w hotelu Hilberta dzieje się coś innego. Recepcjonista prosi osobę w pokoju nr 1, by przeniosła się do pokoju nr 2, osobę z pokoju nr 2, by przeprowadziła się do pokoju nr 3, i tak dalej. W efekcie pokój nr 1 się zwalnia – choć hotel był pełny.

Jeszcze dziwniej robi się wtedy, gdy przychodzi nieskończenie wielu nowych gości. Czy da się ich wszystkich zakwaterować? Hilbert odpowiada: tak! Wystarczy, by każdy obecny gość przeszedł do pokoju o numerze pomnożonym razy 2 (z pokoju 1 do pokoju 2, z pokoju 2 do pokoju 4, z pokoju 3 do pokoju 6 i tak dalej). Wówczas wszystkie pokoje o numerach nieparzystych, których również jest nieskończenie wiele, stają się wolne. Hotel był pełen, a nagle jest w stanie przyjąć nie jednego, lecz nieskończenie wielu nowych gości.

Ten niecodzienny scenariusz nie jest pokazem matematycznych sztuczek. Jest próbą uświadomienia, jak nielogicznie i sprzecznie z naszym rozumieniem rzeczywistości zachowywałby się świat, gdyby istniała aktualna nieskończoność czegokolwiek w świecie rzeczywistym – ludzi, przedmiotów czy zdarzeń w czasie. Nikt w świecie rzeczywistym nie zdołałby prowadzić takiego hotelu. Żadna fizycznie istniejąca instytucja nie mogłaby działać w ten sposób. Paradoks hotelu Hilberta ujawnia, że choć idea nieskończoności może „funkcjonować” w matematyce, to w odniesieniu do świata realnego prowadzi do absurdów i sprzeczności.

I właśnie dlatego przykład Hilberta jest tak ważny w refleksji nad początkiem wszechświata. Jeśli przeszłość miałaby zawierać nieskończoną liczbę zdarzeń, musiałaby być podobna do hotelu o nieskończonej liczbie pokoi – a więc skrajnie paradoksalna i niezrozumiała.

 

Dlaczego hotel Hilberta prowadzi do paradoksów

Hotel Hilberta uświadamia nam coś zaskakującego: nieskończoność „działa” inaczej niż jakakolwiek skończona liczba. W świecie rzeczywistym słowa „pełny”, „wszystkie miejsca zajęte” i „nie ma już miejsca” mają jasny sens. Jeśli w pociągu wszystkie siedzenia są zajęte, nie da się posadzić kolejnego pasażera bez usunięcia któregoś z obecnych. Tymczasem w hotelu Hilberta – mimo że wszystkie pokoje są zajęte – zawsze da się przyjąć kolejnych gości. To oznacza, że pojęcia, które mają sens w  rzeczywistym świecie, tracą go w świecie nieskończoności: „pełny” nie znaczy „nie można dodać niczego więcej”; „wszystkie pokoje są zajęte” nie znaczy, że „nie ma wolnego pokoju”, „liczba pokoi się nie zwiększa”, a jednak można ulokować nieskończenie wielu nowych gości.

W efekcie sprzeczne sądy wydają się jednocześnie prawdziwe: hotel jest pełny, hotel nie jest pełny i dodajemy nowych gości, liczba pokoi się nie zmienia, liczba gości rośnie, ale nie o żadną skończoną liczbę. Na gruncie zwyczajnego myślenia o świecie to nonsens. W fizycznej rzeczywistości nie istnieją takie sytuacje, jak „bez końca zajęte miejsca, ale możesz dodać jeszcze nieskończenie wiele osób”, „pełna przestrzeń, która może pomieścić nieskończoną liczbę dodatkowych obiektów”, „zdarzenia, których jest nieskończenie wiele, ale można ‘dopisać’ jeszcze nieskończenie wiele innych”.

Tego typu konstrukcje są logicznie dopuszczalne jako abstrakcyjne modele matematyczne, ale nie przystają do realnego świata. Jak zauważył sam Hilbert, aktualna nieskończoność matematyczna jest przydatną ideą, lecz nie rzeczywistością fizyczną. Gdy próbujemy ją „przenieść” z tablicy matematycznej do świata rzeczy, otrzymujemy system, który przestaje zachowywać się racjonalnie.

Dlatego hotel Hilberta to nie jest jedynie ciekawostka, ale ważny argument filozoficzny. Pokazuje, że próba potraktowania idei nieskończoności jako odnoszącej się do rzeczywistych, fizycznych własności świata prowadzi do paradoksów, w których załamują się podstawowe intuicje logiczne i sposób rozumienia zasad działania realnych bytów.

A skoro nieskończona liczba istniejących naraz pokoi czy gości prowadzi do paradoksów, to – jak zobaczymy dalej – podobnie wygląda rozumowanie o nieskończonej liczbie zdarzeń w przeszłości wszechświata. Jeśli czas miałby „ciągnąć się” nieskończenie długo wstecz, musielibyśmy zmierzyć się z analogicznymi paradoksami.

 

Aktualna nieskończoność a przeszłość wszechświata

Skoro widzimy, że zastosowanie idei aktualnej nieskończoności do rozumienia świata rzeczywistego prowadzi do paradoksów, możemy postawić zasadnicze pytanie: czy taka nieskończoność mogłaby odnosić się do historii wszechświata? Jeśli wszechświat istniałby przez wieczność, to liczba zdarzeń, które miały miejsce w przeszłości, musiałaby być rzeczywiście nieskończona. Innymi słowy, zanim doszliśmy do chwili obecnej, musiałby upłynąć nieskończony ciąg zdarzeń.

Czy to możliwe? Jeśli przeszłość jest nieskończona, znaczy to, że rzeczywiście zaistniała nieskończona liczba chwil i zmian, każda z nich „należy do przeszłości” jako element ukończonego ciągu, i wszystkie one musiały zostać „przebyte”, zanim doszliśmy do teraz. A to oznacza, że przeszłość musiałaby być jak rzeczywisty hotel o nieskończonej liczbie pokoi – z nieskończenie wieloma „pokojami zdarzeń”, z których każdy został zajęty i „zamknięty”, zanim powstała obecna chwila. Tak jak w hotelu Hilberta mielibyśmy wszystkie zdarzenia „zrealizowane”, a jednak dodajemy do nich kolejne zdarzenia (teraźniejszość), i dalej możemy dodawać (przyszłość), mimo że „wszystkie miejsca w przeszłości są zajęte”. Świat, w którym historia jest nieskończoną aktualną całością, zachowywałby się tak dziwnie jak nieskończony hotel: „wszystkie minione chwile już się wydarzyły”, ale można „dodać” kolejną teraz, i tak bez końca – mimo że „wszystkie wcześniejsze miejsca” są „zajęte”.

Taka wizja czasu prowadzi do tych samych paradoksów co nieskończony hotel – tylko zamiast pokoi mówimy o zdarzeniach, a zamiast gości – o chwilach. Innymi słowy, jeśli przeszłość byłaby nieskończona, to teraźniejszość nigdy nie mogłaby zostać osiągnięta, bo nieskończoności nie da się „przejść po kawałku”.

A jednak jesteśmy tutaj, w określonym momencie historii. To już samo w sobie jest świadectwem, że nie musieliśmy pokonywać nieskończonego dystansu czasu, lecz dotarliśmy do punktu, który ma początek w skończonej przeszłości. Jak zauważył William Lane Craig, aby dojść do teraźniejszości, przeszłość musi być skończona. Nie można przebyć aktualnej nieskończoności krok po kroku (patrz: Argument kosmologiczny kalam – ujęcie naukowe).

Zatem argument z hotelu Hilberta – choć dotyczy matematycznego eksperymentu – ma bardzo realne konsekwencje dla naszego rozumienia czasu i kosmosu. Wskazuje, że historia nie mogła trwać wiecznie. Musiała rozpocząć się w określonym punkcie. Wyjaśnijmy tę sprawę nieco dokładniej.

 

Czy można „przebyć” nieskończoną liczbę zdarzeń?

Aby dojść do obecnej chwili, wszechświat musiał przejść przez wszystkie wcześniejsze wydarzenia w czasie. Jeśli przeszłość byłaby rzeczywiście nieskończona, oznaczałoby to, że istniał nieskończony ciąg zdarzeń, który musiał zostać już zakończony, aby nastała dzisiejsza chwila. Wyobraźmy to sobie: zdarzenie dzisiejsze ma poprzednika; ten poprzednik ma swego poprzednika; i tak dalej – bez końca, wstecz. To tak jakby ktoś twierdził, że udało mu się wspiąć na górę, której wysokość jest nieskończona. Albo że dotarł na koniec drogi, choć droga ta nie ma początku. W takich sytuacjach intuicja podpowiada coś prostego i trafnego: nigdy nie można dotrzeć do końca, jeśli bieg rozpoczął się z nieskończonego dystansu. Na tej podstawie, jeżeli przeszłość byłaby naprawdę nieskończona, to teraźniejszość nigdy nie mogłaby nadejść – bo wciąż „pozostawałoby w tyle” nieskończenie wiele zdarzeń do przebycia. A jednak jesteśmy tu i teraz. To znaczy, że przeszłość musiała być skończona.

Niektórzy próbują odpowiedzieć na ten argument, twierdząc, że nie trzeba „przechodzić” nieskończoności, by znaleźć się w jej „końcu” – tak jak nie musimy liczyć wszystkich liczb naturalnych, aby uznać, że zbiór ten istnieje. Jednak ta odpowiedź myli abstrakcję z rzeczywistością. W matematyce można powiedzieć: „zbiór liczb naturalnych istnieje jako całość”. Ale jeśli chodzimy po schodach, nigdy nie możemy zrobić nieskończonej liczby kroków – musimy zacząć od pierwszego, a potem zrobić kolejny i kolejny. Czas działa właśnie tak: jest doświadczany sekwencyjnie, chwila po chwili, „krok po kroku”.

Dlatego argument, że przeszła nieskończoność mogłaby istnieć „gotowa” jak matematyczny zbiór, nie jest dobrą odpowiedzią. Czas nie jest czystą abstrakcją – jest realnie przeżywanym procesem. A procesu o nieskończonej liczbie etapów nie można ukończyć. Craig ujmuje to wprost, stwierdza, że nie można dotrzeć do teraz, zaczynając od nieskończoności wstecz. Innymi słowy, teraźniejszość jest dowodem na to, że przeszłość nie jest bezkresna. A skoro czas ma kres wsteczny, to wszechświat rozpoczął swoje istnienie.

Jak zobaczymy dalej, nie tylko filozofia, lecz także współczesna nauka wskazuje na początek świata oraz zastanawia się nad naturą przyczyny, która miałaby spowodować zaistnienie wszechświata.

 

Co mówią fizyka i kosmologia o początku czasu

Filozofia może prowadzić nas do wniosku, że nieskończona przeszłość jest niemożliwa. Ale co z nauką? Czy współczesna kosmologia potwierdza tę intuicję, czy może ją podważa?

Od ponad stu lat badania nad wszechświatem coraz wyraźniej wskazują, że czas, przestrzeń oraz materia nie są wieczne. Najważniejsze linie argumentacji naukowej prowadzą w stronę idei początku kosmosu.

 

Wielki Wybuch: czas i przestrzeń mają początek

Odkrycie amerykańskiego astronoma Edwina Hubble’a (1889–1953), że wszechświat się rozszerza, było pierwszym krokiem ku wnioskom o jego początku. Warto dodać, że istotny wkład w zrozumienie dynamiki wszechświata miał również belgijski astrofizyk i duchowny katolicki ks. Georges Lemaître (1894–1966), który jako pierwszy zaproponował model ekspandującego kosmosu – wbrew początkowym oczekiwaniom Alberta Einsteina, który wolał wizję statycznego wszechświata. Zgodnie z modelem dynamicznym: „cofając” ekspansję, dochodzimy do punktu, w którym przestrzeń miała zerowy rozmiar, czas miał wartość początkową, materia i energia nie istniały w znanej nam formie. To nie tylko „eksplozja materii” – to początek czasu i przestrzeni.

Na rzecz tej wizji przemawia szereg mocnych świadectw obserwacyjnych. Do najważniejszych należą odkrycie mikrofalowego promieniowania tła – „echo” bardzo młodego wszechświata – a także zgodność obserwowanej obfitości pierwiastków lekkich z obliczeniami dla wczesnych stadiów kosmosu. Dodatkowo, obserwacje struktury galaktyk jednoznacznie wskazują na ekspansję przestrzeni, a odkrycie przyspieszania tej ekspansji, związane z koncepcją tzw. ciemnej energii, potwierdza, że wszechświat nie jest statyczny. Wszystkie te dane razem tworzą spójny obraz kosmosu, który miał swoje „dzieciństwo” – moment narodzin i wczesnego rozwoju.

 

Twierdzenie Borde’a-Gutha-Vilenkina

Jednym z najważniejszych współczesnych wyników kosmologii teoretycznej jest twierdzenie BGV, zgodnie z którym każdy wszechświat, który uśredniając, rozszerza się w czasie, musi mieć początek. Co istotne, wniosek ten nie zależy od tego, jak dokładnie wyglądały warunki fizyczne na najwcześniejszych, kwantowych etapach istnienia wszechświata. Nawet jeśli w bardzo wczesnych momentach obowiązują egzotyczne prawa grawitacji kwantowej, twierdzenie nadal obowiązuje. Warto podkreślić, że dotyczy to również tzw. modeli wiecznej inflacji. Inflacja to bardzo szybkie, wykładnicze rozszerzanie się przestrzeni, które – według niektórych hipotez – mogło zachodzić w sposób „samopodtrzymujący się”, tworząc kolejne „kieszonkowe wszechświaty” w nieskończonym procesie. Wydawało się, że taka wieczna inflacja mogłaby pozwolić uniknąć początku absolutnego. Jednak twierdzenie BGV pokazuje, że taki „inflacyjny” kosmos nie może trwać w nieskończoność w przeszłość. Nawet jeżeli nasz wszechświat jest jednym z wielu i nawet jeśli nowe wszechświaty rodzą się z inflacyjnego procesu, sam proces musi mieć punkt początkowy1Patrz Arvind Borde, Alan H. Guth, Alexander Vilenkin, Inflationary Spacetimes Are Incomplete in Past Directions, „Physical Review Letters” 2003,....

 

A co z modelami wszechświata bez początku?

Istnieją spekulatywne koncepcje próbujące opisać, co mogło dziać się „przed Wielkim Wybuchem”. Modele kosmosu cyklicznego zakładają, że wszechświat nie miał jednego początku, lecz przechodzi przez nieskończony ciąg faz rozszerzania i kurczenia – kolejne „wielkie wybuchy” i „wielkie kolapsy”, które następują po sobie w odwiecznym rytmie. Konforemna kosmologia Penrose’a (conformal cyclic cosmology) sugeruje natomiast, że każdy „eon” kosmosu, gdy rozszerza się do ogromnych rozmiarów i materia ulega rozproszeniu, może stać się tłem dla kolejnego eonu – nowego cyklu wszechświata, którego początek jest jednocześnie końcem poprzedniego. Modele kwantowej grawitacji z kolei próbują zastosować prawa mechaniki kwantowej do samej czasoprzestrzeni, postulując, że „początek” mógł być przejściem przez stan, w którym klasyczne pojęcia czasu i przestrzeni tracą sens – na przykład kwantowym „odbiciem”, zamiast punktu osobliwości.

Jednak mimo swojej pomysłowości i matematycznej elegancji żadna z tych hipotez nie usuwa całkowicie potrzeby pierwszego stanu lub granicy czasu – pozostaje więc pytanie o ostateczne źródło istnienia, które mogło zapoczątkować sam proces kosmicznego „cyklu” lub kwantowego przejścia.

 

Fizyka i filozofia się spotykają

Zatem nauka podobnie jak filozofia skłania się ku wnioskowi, że czas ma początek, a wszechświat nie jest odwieczny.

Nie jest to wniosek teologiczny, lecz płynący z poznania praw natury i z danych obserwacyjnych. W tym kontekście argument Hilberta z nieskończoności nie jest jedynie ciekawostką filozoficzną, ale wpisuje się w szerszą mozaikę dowodów, w której logika, matematyka i kosmologia wskazują na to samo: wszechświat miał początek.

 

„Ale to tylko paradoks matematyczny!” – odpowiedź na zarzut

W tym miejscu może pojawić się obiekcja: „hotel Hilberta to zabawa matematyczna, a nie dowód na to, jak działa rzeczywistość”. To tylko na pierwszy rzut oka słuszna intuicja. Rzeczywiście, hotel Hilberta jest konstrukcją myślową, a nie opisem prawdziwego hotelu. Ale jego celem nie jest pokazywanie, jak działa świat fizyczny, lecz jakie konsekwencje niesie próba zastosowania idei aktualnej nieskończoności do opisu rzeczywistości fizycznej.

Aby zrozumieć, dlaczego odpowiedź „to tylko matematyka” nie obala argumentu, trzeba rozważyć trzy punkty.

 

Paradoksy wskazują na granice stosowalności pojęć

Tak jak paradoksy Zenona z Elei zmusiły do dokładniejszej analizy pojęć ruchu i czasu, tak paradoks hotelu Hilberta pokazuje wewnętrzne napięcie pojęcia „rzeczywistej nieskończoności”. Nie chodzi o to, że świat jest jak hotel Hilberta. Chodzi o to, że koncepcja nieskończonej liczby realnych zdarzeń prowadzi do absurdów logicznych, podobnie jak idea nieskończonej liczby pokoi prowadzi do absurdów związanych ze znaczeniem słów, za pomocą których opisujemy sytuację hotelu, w którym nie ma wolnych miejsc i w którym jednocześnie można zameldować nawet nieskończoną liczbę nowych lokatorów. Paradoks nie obala idei nieskończoności w matematyce. Obala zastosowanie idei aktualnej nieskończoności do świata fizycznego.

 

Nauka również odróżnia matematykę od rzeczywistości

Matematyka dopuszcza liczby ujemne dla obiektów fizycznych (ale nie istnieją ujemne jabłka), nieskończone energie (ale są one fizycznie niemożliwe), idealne linie bez grubości, czyli tzw. proste (ale takie linie nie istnieją w naturze). To, że coś można opisać matematycznie, nie znaczy, że może istnieć fizycznie. Hilbert traktował ideę nieskończoności jako narzędzie myślowe, nie zaś jako opisującą świat naturalny. Argument nie jest więc przeciw matematyce, lecz przeciw poglądowi, że nieskończoność może być realizowana w rzeczywistym, fizycznym świecie.

 

Filozofia i kosmologia współbrzmią

Paradoks hotelu Hilberta uzyskuje wsparcie z kilku niezależnych kierunków myślenia o rzeczywistości. Intuicja metafizyczna podpowiada, że nieskończoności nie można „przebyć” krok po kroku – dlatego niemożliwe jest, by teraźniejszość była efektem nieskończonej sekwencji zdarzeń w przeszłości. Twierdzenie BGV wzmacnia ten wniosek od strony kosmologicznej, wykazując, że każdy wszechświat, który, średnio rzecz biorąc, się rozszerza, musi mieć początek niezależnie od szczegółów fizyki kwantowej. Fizyka kwantowa natomiast sugeruje, że czas sam w sobie może mieć charakter emergentny – pojawia się dopiero wraz z określonym stanem materii i energii, co oznacza, że nie mógł istnieć „zawsze”. Wreszcie entropijna strzałka czasu wskazuje, że czas biegnie w jednym kierunku – od porządku do nieporządku – a to wymaga początkowego stanu o wyjątkowo niskiej entropii, czyli punktu wyjścia, od którego proces ten mógł się rozpocząć. Wszystkie te linie argumentacji – metafizyczna, kosmologiczna i fizyczna – zbiegają się więc w jednym wniosku: czas i wszechświat mają początek, a ich istnienie wymaga racjonalnego wyjaśnienia.

Zatem hotel Hilberta nie jest zabawą, lecz logiczną „diagnostyką”. Pokazuje, że idea aktualnej nieskończoności, choć daje się opisać matematycznie, prowadzi do paradoksów, gdy próbujemy ją zastosować do realnego świata. Dlatego argument z hotelu Hilberta stanowi filozoficzny test spójności – i wskazuje, że idea nieskończonej przeszłości wszechświata jest problematyczna, a najprawdopodobniej niemożliwe, aby była prawdziwa.

W kolejnej części przejdziemy do kluczowego pytania: skoro wszechświat miał początek, jaka jest jego przyczyna – i dlaczego musi być transcendentna?

Piotr Bylica

Przypisy:

  • 1 Patrz Arvind Borde, Alan H. Guth, Alexander Vilenkin, Inflationary Spacetimes Are Incomplete in Past Directions, „Physical Review Letters” 2003, Lett. 90, DOI: https://doi.org/10.1103/PhysRevLett.90.151301.