(Zawodne) sposoby odróżniania nauki od nienauki. Lepszych brak

W niniejszym tekście zajmujemy się sposobami odróżniania nauki od nienauki (szczególnie od religii), czyli problemem tak zwanego kryterium demarkacji. Mówiąc o nauce, mamy tu na myśli nauki przyrodnicze lub empiryczne, określane po angielsku terminem „science”. W języku polskim słowo nauka jest rozumiane szerzej, bo obejmuje też na przykład literaturoznawstwo, filozofię, a nawet teologię. Nie o takich naukach jednak tu mowa.

W wstępie do tej sekcji wspominaliśmy, że naukowcy (biolodzy, fizycy…) niekoniecznie są kompetentni, by wypowiadać się o nauce jako takiej. Niekiedy jednak, gdy nie zajmują się szczegółowymi problemami swoich dyscyplin, zdarza im się poruszać bardziej ogólne zagadnienia. Przedstawiamy tu wypowiedzi Jerry’ego Coyne’a, amerykańskiego biologa, ewolucjonisty, dotyczące różnic między nauką a religią, gdyż są one dobrą ilustracją pewnych powszechnie przyjętych nieporozumień na ten temat. Prezentujemy jednak też koncepcje leżące u podstaw tego typu nieporozumień, w tym bardziej fachowe, filozoficzne sposoby odróżniania nauki od nienauki. Żadna z zaproponowanych przez filozofów definicji nauki nie zdobyła jednak powszechnego uznania i dziś co najwyżej można mówić, że istnieją różne cechy, którymi nauka się charakteryzuje, ale żadna z nich nie jest cechą ani wyłącznie naukową, ani konieczną dla określenia jakiejś działalności czy koncepcji jako naukowych. Sami naukowcy wydają się nie przejmować specjalnie tym, że filozofowie nie dysponują definicją nauki. Nie będziemy tu jednak rozstrzygać, czy to dobrze, czy nie. Chodzi nam raczej o rozprawienie się z różnymi nieporozumieniami w kwestii rozumienia nauki, które mogą wpływać na błędne ujmowanie jej relacji z religią.

 

Jerry Coyne o różnicy między nauką i religią

Jak pisaliśmy, poglądy Coyne’a są typowe dla osób, które nie zajmują się zawodowo badaniami nad nauką. Poniżej przedstawiamy kilka jego wypowiedzi, w których prezentuje on często spotykaną wizję tego, jak nauka różni się od religii, i pokazujemy, dlaczego wizja ta jest trudna do utrzymania.

 

Prawda

Według Coyne’a tylko nauka jest w stanie dostarczyć prawdziwego obrazu rzeczywistości. Ma to być związane z racjonalnością nauki:

Nauka i wiara są fundamentalnie niezgodne dokładnie z tego samego powodu, dla którego niezgodne są racjonalność i irracjonalność. Są to różne formy dociekań, ale tylko jedna z nich ‒ nauka ‒ potrafi znaleźć rzeczywistą prawdę (real truth)1Jerry Coyne, Nie ma przyjaźni między nauką i religią, www.racjonalista.pl/kk.php/s,668 [dostęp 31.01.2012 – obecnie tekst niedostępny]; oryginał: Science and....

 

Pomijamy tu szczegółową analizę jednego z głównych problemów filozoficznych, czyli odpowiedzi na pytanie: Czym jest prawda? Specjaliści od tego zagadnienia potrafią wskazać przynajmniej kilka definicji „prawdy” i problemy z nimi związane. Oczywiście, nie są one raczej znane zawodowym biologom, fizykom i innym naukowcom ‒ i nic w tym złego ani dziwnego, bo ta wiedza nie jest im w pracy potrzebna. Można przypuszczać, że Coyne miał na myśli dość potoczne rozumienie prawdy, odpowiadające zwykle temu, co filozofowie określają jako klasyczną lub korespondencyjną teorię prawdy. Sprowadza się ona do stwierdzenia mającego pochodzić od starożytnego filozofa Arystotelesa (384‒322 przed Chr.), że prawdziwość myśli polega na jej zgodności z rzeczywistością. Pomijając całe mnóstwo problemów i dyskusji nad tym sformułowaniem oraz stosując je do teorii naukowych i nieco przeformułowując, można powiedzieć, że teoria naukowa jest prawdziwa, jeśli rzeczy mają się tak, jak ta teoria głosi.

W każdym razie Coyne zasugerował, że tylko nauka może odkryć prawdę, a nawet „rzeczywistą prawdę”. Ma to być możliwe, bo nauka jest działalnością racjonalną, w przeciwieństwie do irracjonalnej religii. W dalszych fragmentach dowiemy się, co miał na myśli, mówiąc o racjonalności. Tu wskazujemy na tylko dwa problemy, które wiążą się z rozumieniem nauki jako źródła prawdziwych twierdzeń o rzeczywistości.

 

A może ani prawda, ani fałsz

Otóż filozofowie nauki wcale nie uważają za oczywistą samej koncepcji, że zadanie nauki, jej cele lub efekt jej działania stanowią teorie, o których można by w ogóle mówić, że są prawdziwe albo fałszywe. To fakt, że wielu współczesnych filozofów nauki oraz samych naukowców twierdzi, że nauka dąży do prawdy, czyli przyjmuje stanowisko tak zwanego realizmu naukowego, ale nie jest to jedyna opcja. Istnieje stanowisko znane jako instrumentalizm, według którego teorie naukowe należy traktować raczej jako narzędzia służące na przykład do wyprowadzania przewidywań lub pomagające opanować przyrodę, a nie jako zbiory zdań, które mogą być prawdziwe albo fałszywe. Teorie są raczej przydatne albo nieprzydatne. Są też inne niż instrumentalizm stanowiska negujące możliwość poznania prawdy przez naukę, czyli inne stanowiska antyrealistyczne.

Różne koncepcje antyrealistyczne przyjmują, że poznanie naukowe nie polega na odkrywaniu prawdy o niezależnie istniejącej rzeczywistości. Z naukowcami nie jest tak jak z Kolumbem docierającym do Ameryki, która istniała i była tym, czym była, niezależnie od tego, czy Kolumb tam dotarł, czy nie. Naukowy obraz świata jest raczej w pewnym sensie przez naukowców stwarzany. Jak to możliwe i skąd taki pomysł? Na pierwszy rzut oka wydaje się on absurdalny. Weźmy jednak przykład pokazujący, że nie jest to taka głupia koncepcja, jak może się wydawać.

Ogólnie wiadomo, że Isaac Newton odkrył siłę grawitacji. Wcześniej „ciemni” filozofowie (czyli niegdyś naukowcy) starożytni i średniowieczni wyjaśniali spadanie ciał na ziemię, odwołując się do koncepcji Arystotelesa. Ten uważał, że wszystko na naszej planecie (choć nie nazwałby Ziemi planetą, o czym dalej) składa się z czterech żywiołów: ognia, powietrza, wody i ziemi. Każdy z tych elementów zajmuje pewien właściwy dla siebie obszar. Najniżej jest element ziemi, potem kolejno, wody, powietrza i ognia. Wszystkie ciała składają się z tych różnych żywiołów, ale w zależności od tego, którego z nich mają więcej, to ‒ o ile nikt i nic nie będzie tych ciał poruszać ‒ one same ze swej natury będą dążyć do swojego miejsca naturalnego, czyli odpowiadającego temu przeważającemu w nich elementowi. Dlatego też kamień, który ma przewagę elementu ziemi, będzie dążył w dół, do środka Ziemi, który jest jednocześnie środkiem Wszechświata. To, co ma w sobie przewagę wody, będzie dążyć do właściwego sobie położenia powyżej elementu ziemi i tak dalej. Według tej teorii wszystkie niewymuszone ruchy na Ziemi, czyli ruchy naturalne, odbywają się więc w górę lub w dół, w zależności od przewagi danego elementu w danym ciele. Arystoteles wyróżniał również piąty element: eter, z którego zbudowany miał być świat od Księżyca wzwyż. W tamtej części Wszechświata naturalnym ruchem był ruch jednostajny po okręgu – najdoskonalszy z ruchów, jedyny właściwy dla Niebios. I zasadniczo do czasów Newtona uważano, że tak się rzeczy mają.

Arystoteles nie odwoływał się do wiary religijnej, do jakiegokolwiek mistycznego objawienia. Przed Isaakiem Newtonem (1643‒1727) jego koncepcję uważano niemal powszechnie za prawdziwą. Była ona poparta przez obserwacje i logikę, a zatem w pełni racjonalna. A jednak wszyscy dziś wiemy, że była fałszywa. Arystoteles się mylił. Tak naprawdę przecież za spadanie kamieni na ziemię, tak samo jak za ruchy ciał niebieskich, odpowiada siła grawitacji, którą odkrył dopiero Newton. Twierdził, że własną teorię oparł na obserwacji, a nie można mu też odmówić używania rozumu. Swoją koncepcję przedstawił w zmatematyzowanej postaci. Prawdziwy sukces rozumu. Prawdziwe odkrycie tego, jak rzeczy się naprawdę mają. Mnóstwo faktów, śmiałych przewidywań potwierdzało słuszność jego koncepcji. Nie istnieją więc żadne miejsca naturalne, do których dążą ciała w zależności od ilość tego czy innego elementu. Świat nie jest taki, jak sugerował Arystoteles. Istnieje za to siła grawitacji, która rządzi kamieniami i planetami, o której mówił Newton. Wspaniałe odkrycie! Czyż tak nie jest?

Teraz uwaga! Na to wszystko antyrealista może odpowiedzieć następująco: Według współczesnej fizyki, czyli opartej na koncepcjach Alberta Einsteina, nie ma w świecie czegoś takiego jak siła grawitacji. Ruchy ciał niebieskich i kamieni spadających na Ziemię zależą od zakrzywienia czasoprzestrzeni spowodowanego rozkładem mas. I tyle. Nie istnieje  żadna siła grawitacji. Jak więc można mówić, że Newton ją odkrył? Czy można odkryć coś, co nie istnieje? Przekonanie co do prawdziwości teorii Newtona było powszechne do końca XIX wieku. Dziś podobnie traktuje się teorię Einsteina. Ale kto wie, co przyniesie przyszłość. Czymkolwiek jest poznanie naukowe, nie polega ono po prostu na odkrywaniu obiektywnie istniejącej rzeczywistości, niezależnie od tego, jak silne mamy wrażenie, że jest inaczej.

Sprawa sporu realizmu z antyrealizmem jest oczywiście dużo bardziej złożona. Wydaje się, że wśród współczesnych filozofów nauki, podobnie jak wśród samych uczonych, przeważa raczej skłonność do pierwszego z tych stanowisk. Warto jednak pamiętać o istnieniu samego problemu, zanim bezkrytycznie uzna się, że nauka dzięki swej racjonalności odkrywa „rzeczywistą prawdę” (w sprawie sporu realizmu z antyrealizmem patrz też Co nauka może nam powiedzieć?).

 

Dowodzenie i pewność w nauce

Inne nieporozumienie związane z prawdziwością twierdzeń nauki wiąże się z problemem, czy teorie i prawa naukowe można uznać za dowiedzione, czyli za na pewno prawdziwe. To ważna sprawa, bo cały szereg sposobów godzenia nauki i religii polegających na dostosowywaniu twierdzeń religijnych do twierdzeń naukowych wydaje się motywowany przekonaniem, że to, co nauka mówi o świecie, jest dowiedzioną prawdą.

Bardzo wpływowy kierunek filozoficzny znany jako logiczny pozytywizm, logiczny empiryzm lub neopozytywizm uznawał możliwość wykazania na drodze doświadczenia prawdziwości jakiegoś twierdzenia za kryterium jego sensowności. Przyjrzyjmy się bliżej tej koncepcji, bo to prawdopodobnie ona leży u podstaw wielu dzisiejszych wypowiedzi w stylu Coyne’a o nauce jako źródle rzeczywistej prawdy. Jednocześnie wychwycenie problemów, które się tu pojawią, pozwoli lepiej ująć wartość poznawczą twierdzeń nauki.

Do najbardziej reprezentatywnych przedstawicieli logicznego empiryzmu należeli członkowie grupy znanej jako Koło Wiedeńskie, działającej w pierwszej połowie XX wieku, jak nazwa wskazuje, w Wiedniu. W 1895 roku na Uniwersytecie Wiedeńskim utworzono Katedrę Historii i Teorii Nauk Indukcyjnych. Nazwa katedry jest tu o tyle istotna, że pokazuje, jak rozumiano to, co nazywamy naukami przyrodniczymi czy empirycznymi, mianowicie uważano je za nauki indukcyjne. Co to znaczy? Otóż indukcja jest sposobem wnioskowania polegającym na tym, że wychodząc od przesłanek, które są zdaniami szczegółowymi lub jednostkowymi, czyli stwierdzają coś o poszczególnych obiektach danego rodzaju, dochodzi się do wniosku, który jest zdaniem ogólnym, a więc mówi coś o wszystkich obiektach tego rodzaju. W praktyce mogłoby to wyglądać tak, że ktoś zaobserwował sto czarnych kruków i przyjął za prawdziwe sto zdań stwierdzających o każdym poszczególnym kruku, że jest czarny, i na tej podstawie wyprowadzałby ogólny wniosek, że każdy kruk jest czarny.

Jak to się ma do nauki? Zgodnie z rozumieniem nauki określanym mianem indukcjonizmu ‒ nauka działa w bardzo podobny sposób. Uczony najpierw gromadzi obserwacje, czyli fakty, a potem na ich podstawie dokonuje uogólnień, a więc ustala ogólne prawo lub przyjmuje ogólną teorię dotyczącą zaobserwowanych faktów. Prawa i teorie naukowe miałyby być udowodnione przez obserwację.

Członkowie Koła Wiedeńskiego uznali, że prawa i teorie naukowe dlatego są porządnymi, sensownymi twierdzeniami, bo ich prawdziwość dowiedziona jest na drodze obserwacji. Wszelkie twierdzenia ‒ poza twierdzeniami matematycznymi i logicznymi, których nie da się obserwacyjnie udowodnić ‒ uznawali za bezsensowne, niemające wartości poznawczej, lub co najwyżej za będące wyrazem uczuć i emocji, czegoś w rodzaju poezji. W nauce nie może być żadnych twierdzeń bezsensownych. Twierdzenia, które ich zdaniem były bezsensowne, określali mianem metafizycznych i zaliczali do nich większość twierdzeń filozofii, ale też i religii. Jak bowiem można wykazać przez doświadczenie, że istnieje świat Idei, o którym mówił Platon, skoro Idee te mają ze swej natury być czymś zmysłowo nieobserwowalnym, lub że Bóg podtrzymuje świat w istnieniu w każdym momencie, skoro niezależnie, co się zaobserwuje, to, zgodnie z tym twierdzeniem, jest to podtrzymywane w istnieniu przez Boga? Prawdziwości takich twierdzeń nie da się w żaden sposób dowieść na drodze obserwacji. Można równie dobrze przyjąć ich negację, czyli że nie ma żadnych wiecznych i niezmiennych idei istniejących w jakimś świecie, którego nie da się zobaczyć, że Bóg nie podtrzymuje świata w istnieniu. W żaden sposób nie będzie się to kłócić z tym, co obserwujemy.

Ten wyznacznik odróżniania sensu od bezsensu określono jako kryterium empirycznej weryfikowalności. Zgodnie z nim sensowne są tylko te twierdzenia, których prawdziwość można wykazać, dowieść na drodze obserwacji. Sensowne są tylko twierdzenia empirycznie weryfikowalne.

Okazało się jednak, że kryterium to zawodzi. Zarzuty były różne. Nas interesuje następujący: skończona liczba obserwacji nie może dowodzić prawdziwości twierdzenia dotyczącego nieskończonej liczby przypadków. Jest to problem, który występuje we wnioskowaniach indukcyjnych w ogóle. Z tego, że zaobserwowano sto czarnych kruków, nie wynika, że wszystkie kruki są czarne. Nawet zaobserwowanie tysiąca czy dziesięciu tysięcy czarnych kruków nie rozstrzyga o prawdziwości wniosku, że każdy kruk jest czarny. By ten wniosek był pewny, aby wynikał logicznie z przesłanek, musielibyśmy zaobserwować wszystkie kruki, które gdziekolwiek żyją, żyły i kiedykolwiek będą żyć. I tylko wtedy, gdyby każdy z nich był czarny, nasz wniosek byłby logicznie uprawniony. To jasne, że trudno o zebranie takiej ilości obserwacji. A teraz pomyślmy o jakimś poważniejszym prawie naukowym, na przykład drugiej zasadzie dynamiki Newtona, która mówi, że siła jest równa iloczynowi masy i przyspieszenia (F=ma). Ile obserwacji musielibyśmy dokonać, by wykazać, że jest tak, jak głosi to prawo? Nieskończenie wiele. Wszechświat istnieje dość długo i jeszcze pewnie długo będzie istniał, nie jest też specjalnie mały, a wykazanie prawdziwości tego prawa wymagałoby zaobserwowania wszystkich zdarzeń, które pod nie podpadają w całej historii Kosmosu i we wszystkich jego miejscach.

Jaki stąd wniosek: najważniejsze twierdzenia naukowe, a więc prawa i teorie, nie są udowodnione ani pewne. W naukach empirycznych nie ma dowodów. Gdyby przyjąć kryterium empirycznej weryfikowalności, wtedy prawa i teorie naukowe trzeba by uznać ze bezsensowne.

Logiczni empiryści uznali swój błąd i sami porzucili to kryterium na rzecz innego: tak zwanej empirycznej konfirmowalności. O co chodzi? To fakt, że prawa i teorie naukowe nie dają się dowieść na drodze doświadczenia, ale w przeciwieństwie do twierdzeń metafizycznych mają jednak z tym doświadczeniem jakiś związek. W przypadku twierdzeń metafizycznych żadna liczba obserwacji nie wpływa na to, czy należy je przyjąć, czy odrzucić. Można obserwować do woli, a żadne fakty nie będą miały wpływu na to, czy przyjąć, czy odrzucić twierdzenie, że Absolut przenika wszystko lub że Bóg podtrzymuje świat w istnieniu. Z prawami i teoriami nauki jest inaczej, bo one jednak mają jakiś związek z doświadczeniem. Ale jaki? Otóż im więcej obserwacji zgodnych z prawem (teorią) naukowym, tym prawo (teoria) jest bardziej prawdopodobne. Nie mówimy o dowodzie, ale o wzroście stopnia prawdopodobieństwa wraz ze wzrostem liczby obserwacji zgodnych z danym prawem czy daną teorią (oczywiście przy jednoczesnym braku obserwacji niezgodnych). W przypadku twierdzeń metafizycznych liczba obserwacji nie wpływa na ich prawdopodobieństwo, a w przypadku twierdzeń naukowych – wpływa.

Jednak i to kryterium nie przetrwało. Jeden z problemów wiąże się z matematyką, a dokładniej z rachunkiem prawdopodobieństwa. Z rachunku prawdopodobieństwa wynika, że stosunek każdej skończonej liczby przeprowadzonych obserwacji do nieskończonej liczby wszystkich możliwych obserwacji jest równy 0.

Liczba możliwych obserwacji w przypadku najbardziej ogólnych praw i teorii naukowych jest nieskończona. Liczba obserwacji, które jesteśmy w stanie przeprowadzić, jest zawsze ograniczona. Nie jest ważne, czy będzie to tysiąc, czy milion obserwacji. Stosunek dowolnie wielkiej liczby do nieskończoności zawsze jest równy 0. Prawdopodobieństwo teorii naukowych jest więc równe 0. Gdyby przyjąć to kryterium, trzeba by prawa i teorie naukowe uznać za bezsensowne.

W każdym razie twierdzenie, że prawa i teorie naukowe są udowodnione i na pewno prawdziwe, okazuje się bardzo wątpliwe. Dla większości współczesnych filozofów nauki jest jasne, że mają one zawsze charakter hipotetyczny, czyli są niepewne. I nie jest to zarzut wobec nauki.

 

Fakty i logika – nie wystarczą

Inny problem, na który wskazywano przy analizach tego kryterium demarkacji, polega na tym, że te same fakty mogą być wyjaśniane przez niezgodne ze sobą teorie. Jeśli tak jest, to same obserwacje i logika nie mogą rozstrzygać o prawdziwości ani prawdopodobieństwie teorii. Muszą pojawić się jakieś dodatkowe czynniki. W obliczu dwóch różnych teorii zgodnych ze wszystkimi znanymi faktami uczeni mogą (i rzeczywiście często to robią) wybrać na przykład teorię prostszą. Ale dlaczego prostsza teoria miałaby być bardziej prawdopodobna? By uznać, że tak jest, należy wcześniej założyć, że świat jest raczej prosty, a nie skomplikowany. Ale to założenie metafizyczne, a nie coś, co zostało dowiedzione na drodze obserwacji. Trzeba by wtedy przyjąć, że uczeni kierują się czymś więcej niż tylko logiką oraz faktami i że albo na ich decyzje wpływają twierdzenia bezsensowne, albo że wcale nie są one tak bezsensowne i obce nauce, jak się to niektórym wydawało.

Filozofia nauki poszła ostatecznie w tym drugim kierunku. Logiczny empiryzm upadł, choć w niektórych kręgach wciąż pokutują idee zbliżone do tych, które niegdyś uznawano nawet za „przyjęte”. Przejdźmy teraz właśnie do roli filozofii i innych czynników wpływających na naukę poza logiką i faktami.

Coyne tłumaczył, co rozumie pod pojęciem racjonalności, która ma się kryć za sukcesami nauki:

 

Nauka działa przy użyciu dowodów (evidence) i rozumu2Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Słowo evidence byłoby rozumiane jako dowód w kontekście rozpraw sądowych, ale nie w kontekście logiki. W logice, jeśli jakieś twierdzenie jest udowodnione, to jest na pewno prawdziwe. Tu chodzi jednak o evidence w sensie świadectw czy danych empirycznych, czyli inaczej mówiąc „faktów”. Nauka opiera się na faktach oraz rozumie, czyli logice. Według Coyne’a zupełnie inaczej jest w religii, gdzie zamiast faktów i rozumu rządzą irracjonalne objawienie, dogmat i autorytet:

 

Proszę zauważyć, że niemal wszystkie religie przedstawiają konkretne twierdzenia o świecie w sprawach, takich jak istnienie cudów, odpowiedzi na modlitwy, czyniący cuda święci i boże uzdrowienia, dziewicze narodziny, zwiastowania i zmartwychwstania. Te twierdzenia o faktach, których prawdziwość jest podstawą wiary, wprowadza religię w zakres badania naukowego. Zamiast jednak polegać na rozumie i dowodach (evidence), by je poprzeć, wiara polega na objawieniu, dogmacie i autorytecie3Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Rzeczywiście popularny pogląd na naukę głosi, że fakty i logika to jedyne czynniki, które wpływają na to, co głoszą teorie naukowe, a przynajmniej jedyne, które powinny mieć znaczenie. W nauce, jak można się domyślać, nie ma miejsca na dogmaty i poleganie na autorytetach (tą sprawą zajmujemy się w dalszej części). Jest to jednak stanowisko zupełnie nie do utrzymania z punktu widzenia współczesnej filozofii nauki.

Jeśli nie tylko fakty i logikę, to co jeszcze trzeba brać pod uwagę, żeby właściwie rozumieć naukę? Jakie jeszcze czynniki powinny być uwzględniane i jak dokładnie wpływają one na naukowców oraz ich teorie, to kwestia szeroko dyskutowana przez filozofów i nie ma tu miejsca na jej pełne przedstawienie. Najskrajniejsze stanowiska uznają, że fakty i logika są w ogóle średnio, żeby nie powiedzieć mało istotne. Przedstawiciel podejścia zbliżonego do takich ujęć, Paul Feyerabend (1924‒1994), pisał, że jeśli chcemy wyjaśnić, jak funkcjonuje nauka:

 

wszystko, co możemy uczynić, to przedstawić historyczne ujęcie istotnych szczegółów, w tym – okoliczności społecznych przypadkowych zdarzeń i osobistych indywidualnych nawyków [uczonych]4Paul K. Feyerabend, Przeciw metodzie, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 2001,  s. 11..

 

Czyli kluczowe dla wyjaśnienia powstania lub akceptacji tej czy innej teorii miałyby być czynniki społeczne, psychologiczne, jakieś przypadkowe zdarzenia z życiorysu danego uczonego. Dla niektórych jest to pogląd przesadzony i być może tak jest, ale trudno wątpić, że faktycznie na naukę wpływa coś więcej niż logika i dane empiryczne. Gdyby fakty i logika wystarczały, to czyż wszyscy naukowcy dysponujący tymi samymi danymi i stosujący te same prawa logiki nie powinni zawsze przyjmować tych samych teorii? Czy nie powinni bardzo często dokonywać tych samych odkryć? Tymczasem historia nauki pokazuje, że tak nie jest. Oznacza to, że za ich „odkryciami” i wyborami kryje się coś więcej. Poza tym te same fakty mogą być wyjaśniane przez niezgodne ze sobą teorie. Na jakiej więc podstawie uczeni dokonują wyboru?

Weźmy przykład Mikołaja Kopernika i jego idei, że nieruchome Słońce znajduje się w centrum Wszechświata, a Ziemia się porusza. Wbrew temu, co mogłoby się wydawać osobom nieznającym bliżej okoliczności powstania jego teorii, Kopernik nie przeprowadził żadnych obserwacji, które nie byłyby dostępne innym astronomom, nie miał lepszych od nich narzędzi obserwacyjnych, stosował te same reguły logiki. Dlaczego więc on wpadł na ideę ruchu Ziemi i dlaczego inni nie byli do niej przekonani? Różne są opinie historyków i filozofów nauki w tej konkretnej sprawie. Niektórzy wskazują na rozmaite prądy intelektualne tamtej epoki ‒ na przykład neoplatonizm ‒ które w szczególny sposób wpłynęły akurat na Kopernika. Tak się złożyło, że Kopernik, przebywając w Rzymie, mieszkał u neoplatonika i być może wtedy wpadł na pomysł szczególnego połączenia pewnych treści zawartych w pismach Platona z wizją budowy Wszechświata. Być może chodziło u niego lub u jego następców o jakieś subiektywne odczucia estetyczne, z którymi bardziej współgrała idea Słońca, a nie Ziemi w centrum Kosmosu. Odwołując się do psychologii, można stwierdzić, że jedni uczeni są bardziej bystrzy od innych, można też wskazać na rolę pozaracjonalnych intuicji, osobistych preferencji i niechęci. Epoka, w której żyje dany uczony, charakteryzuje się zawsze dominowaniem jakichś poglądów, które uznaje się za oczywiste lub obowiązujące, a które wpływają na to, co uczony uzna za w ogóle warte brania pod uwagę. W każdym razie jasne jest, że na naukę wpływa coś jeszcze niż tylko fakty i logika. I nie jest to zarzut wobec nauki.

Tym, co nie wzbudza większych kontrowersji, jest wpływ czynników filozoficznych. Chodzi o różne ogólne założenia odnośnie do rzeczywistości jako takiej lub odnośnie do nauki jako takiej, czyli do pewnych jej najogólniejszych zasad. Niektóre z nich są bardziej, a inne mniej potrzebne, by w ogóle móc uprawiać naukę. Niektóre są przyjmowane jedynie w ramach poszczególnych dyscyplin lub tylko teorii. Wszystkie charakteryzują się jednak tym, że fakty i logika same w sobie nie rozstrzygają, iż koniecznie trzeba je przyjąć. Ale bez ich przyjęcia lub przyjmując inne, mielibyśmy do czynienia z zupełnie inną koncepcją rzeczywistości albo inną koncepcją nauki.

Rozpatrzmy kilka przykładów. Nauka rozumiana jako działalność polegająca na poszukiwaniu praw rządzących przyrodą ma sens, jeśli założy się, że świat jest w ogóle racjonalnie poznawalny i uporządkowany. Dziś w wielu dyscyplinach przyjmuje się, że ten porządek ma charakter matematyczny. Zakłada się też jednostajność przyrody, uznając, że różne regularności, które obserwujemy dziś, obowiązywały także sto i sto tysięcy lat temu, że są takie same na Ziemi i w innych częściach Kosmosu. Zakłada się, że doświadczenie przeprowadzone w pewnych określonych warunkach zawsze w tych samych warunkach będzie dawać te same wyniki. Gdyby założyć, że mogą być one dowolne, to poszukiwanie porządku nie miałoby sensu. Nie dałoby się ocenić słuszności żadnej teorii, gdyby założyć, że może się zdarzyć… cokolwiek. Przyjmuje się, że nic nie zdarza się bez przyczyny, choć w fizyce kwantowej sprawa się nieco komplikuje. Gdy Einstein mówił, że „Bóg nie gra w kości” albo że „Bóg jest wyrafinowany, ale nie złośliwy”, to miał właśnie na myśli to, że przyroda jest uporządkowana, a szczególnie że panuje w niej jednoznacznie określony porządek przyczynowy.

Wszystko to jednak to założenia, bo nie jesteśmy w stanie wykazać, że na pewno tak jest. By to zrobić, musielibyśmy dokonać nieskończonej liczby obserwacji wszystkiego, co dzieje się, działo się i będzie się dziać w całym Wszechświecie. Takie założenie, że świat jest zasadniczo prosty i poznawalny, a nie chaotyczny, wpływa też na wybór teorii naukowych, bo uczeni wolą teorie prostsze niż bardziej skomplikowane.

Ale ‒ w pewnym sensie ‒ jest jeszcze gorzej. Nawet gdybyśmy byli w stanie przeprowadzić nieskończoną liczbę obserwacji, to i tak niektóre z tych założeń pozostałyby nierozstrzygnięte. Założenie o prostocie świata zawarte jest bowiem w samym procesie obserwacji, który w nauce często ma charakter pomiaru. By dokonać pomiaru, używa się różnych przyrządów. Zakłada się, że sam przyrząd pomiarowy w trakcie pomiaru nie ulega żadnym istotnym zmianom. Na przykład że pręt pomiarowy, za pomocą którego porównujemy długość dwóch innych przedmiotów, sam nie wydłuża się ani nie skraca w trakcie pomiaru czy przy przykładaniu go do jednego lub drugiego przedmiotu. Odwołanie do możliwości sprawdzenia tego za pomocą innego przyrządu oczywiście nic nie da. To sprawa samej logiki. A może dany przedmiot w momencie, kiedy go nie mierzymy, zmienia swoją długość, a gdy mierzymy, powraca do poprzedniej długości? Zasadniczo w nauce zakłada się, że przyroda nie jest aż tak skomplikowana (sprawa wikła się w fizyce kwantowej; według pewnej interpretacji zjawisk kwantowych cząstki zachowują się inaczej w zależności od tego, czy się je obserwuje; stąd słowo „zasadniczo”). Tak rozumiane założenie prostoty jest jednak absolutnie nierozstrzygalne, ale bez niego trudno sobie wyobrazić uprawianie nauki i poważne traktowanie jej teorii jako opisujących, jak się rzeczy naprawdę mają.

O ile racjonalność, poznawalność, istnienie ogólnego porządku, prostota Wszechświata to zasadniczo niezmienne założenia nauki, to są w niej i takie założenia, które wydają się niektórym nie mieć koniecznego charakteru, choć też związane są z nauką jako taką. Takie jest właśnie założenie naturalizmu, które każe uczonym wyjaśniać wszystkie zdarzenia w świecie jako będące efektem czynników wyłącznie z tego świata. Jeszcze do połowy XIX wieku wielu uczonych nie przyjmowało tego postulatu, ale dziś jest on uznawany za warunek naukowości. Oto tylko dwie z wielu opinii. Pierwsza pochodzi od jednego z czołowych współczesnych ewolucjonistów. Druga – od wpływowego filozofa biologii i historyka nauki, a wygłoszona została jako zdanie biegłego na temat natury nauki w rozprawie sądowej dotyczącej nauczania kreacjonizmu w szkołach amerykańskich:

 

Jeśli istnieje jedna reguła, jedno kryterium czyniące jakąś ideę naukową, to jest nim to, że należy odwoływać się do naturalistycznych wyjaśnień zjawisk i wyjaśnienia te muszą być testowalne jedynie w oparciu o nasze pięć zmysłów5Niles Eldredge, The Monkey Business: A Scientist Looks at Creationism, Washington Square Press, New York 1982, s. 82..

 

najważniejszą cechą współczesnej nauki jest to, że odwołuje się wyłącznie do działania ślepych, niezmiennych regularności przyrodniczych. Regularności te nazywamy „prawami przyrody”. Zatem uczeni starają się zrozumieć empiryczny świat przez odniesienie do praw przyrody i naturalistycznych procesów. [Dlatego też jakiekolwiek odwołanie do czynnika nadnaturalnego, Stwórcy ingerującego w świat przyrody przy użyciu nadnaturalnych procesów, z konieczności nie jest nauką]6Michael Ruse, „Witness Testimony Sheet McLean v. Arkansas”, w: Michael Ruse, But Is It Science? The Philosophical Question in....

 

Założenie takie wpływa oczywiście na treść niektórych teorii naukowych, szczególnie tych dotyczących pochodzenia Wszechświata, życia i człowieka czy natury ludzkiej. Wciąż jest to jednak założenie, a nie wynik badań naukowych (odnośnie do roli naturalizmu w nauce patrz Czy nauka jest światopoglądowo neutralna? oraz Religia jako niereligia).

W nauce przyjmuje się więc różne filozoficzne założenia, które nie są w żadnym razie udowodnione. Nie jest to jednak żaden zarzut. Tak po prostu jest. Nauka nie opiera się zatem tylko na faktach i logice. Wpływają na nią także inne czynniki.

 

Fakty, ale nie nagie

Oprócz tego, że teorie naukowe nie wynikają z samych faktów i że uczeni kierują się też innymi czynnikami niż fakty i logika, jest jeszcze jeden bardzo ważny problem, który mocno uderza w indukcjonistyczny obraz nauki. W każdym wnioskowaniu warunkiem poprawności wniosku prócz tego, że powinno ono opierać się na prawach logiki, jest również prawdziwość przesłanek. Według indukcjonizmu prawa i teorie naukowe mają wywodzić się z obserwacji, czyli z faktów. Dlatego ważne jest, by mieć pewność, że zdania, za pomocą których uczony opisuje swoje obserwacje, są prawdziwe. Uczony powinien też gromadzić fakty w sposób nieuprzedzony, nie wybierać tylko tych, które pasują do danej teorii, które mu się podobają, zgodnych z jakimiś jego filozoficznymi lub religijnymi uprzedzeniami, a inne pomijać. Powinien mieć trzeźwy i odpowiednio oczyszczony umysł, by widzieć fakty takimi, jakie są. Wtedy będzie miał dostęp do tak zwanych nagich faktów, jakby rzeczywistości samej w sobie, w żaden sposób niezniekształconej. Takie nagie fakty są pewne i są właściwą podstawą wszelkich teorii naukowych i nauki w ogóle. Najpierw obserwacja, potem teoria.

Takie rozumienie faktów i ich związku z teoriami okazało się jednak nie do utrzymania. Dziś w filozofii nauki powszechnie przyjmuje się tak zwaną tezę o uteoretyzowaniu obserwacji, która sprowadza się do stwierdzenia, że nagie fakty nie istnieją7W sprawie sposobów rozumienia tezy o uteretyzowaniu obserwacji patrz Kazimierz Jodkowski, Problem uteoretyzowania faktów naukowych, Zagadnienia Naukoznawstwa 1983, t..... Jest ona różnie rozumiana, niemniej w tej czy innej wersji przeczy podstawowym tezom indukcjonizmu.

Przede wszystkim wskazuje się, że to niemożliwe, aby uczony zaczynał badania od obserwacji. Kiedy idzie do pracy, to przecież nie siada na krześle, by po prostu obserwować cokolwiek. Obserwuje tylko to, co trzeba. Wie, co jest interesującym go faktem, a co nie. A nawet, gdy już obserwuje to, co chciał, to wie, które z obserwowanych rzeczy niosą ze sobą istotne informacje, a które nie. Wie, czego oczekiwać. A skąd on to wszystko wie? Wie z wcześniej przyjętych teorii na temat tego, co jest przedmiotem jego badania. Na podstawie tych teorii dokonuje selekcji informacji. W ten sposób więc teoria wyprzedza obserwację.

Ale jest jeszcze „gorzej” dla „nagich” faktów. Bo kiedy przez mikroskop patrzy biolog, to (w pewnym sensie) widzi tam coś innego niż osoba, która nie ma odpowiedniego wykształcenia. Ktoś przypadkowy widziałby tylko kolorowe gluty w tym, co biolog widzi jako komórki i to, z czego są zbudowane. Osoba niemająca właściwego wykształcenia nie będzie potrafiła nawet odpowiednio przygotować próbki do badania ani mikroskop. Nawet może nie wiedzieć, czy ostrość jest już dobrze ustawiona, i uznawać za ważny fakt naukowy to, co jest jedynie powidokiem czy zupełnie nieostrym obrazem. Prawdziwy uczony nie tylko więc musi mieć zdrowe oczy, być trzeźwy w trakcie badań, ale musi też wcześniej wiedzieć, jak ma wyglądać to, co chce obserwować.

Uteoretyzowanie obserwacji przejawia się również w urządzeniach obserwacyjnych. Mikroskopy, teleskopy optyczne, radioteleskopy, akceleratory cząstek i podobne przyrządy zbudowane są według pewnych teorii na temat świata. Całe mnóstwo wiedzy z różnych dziedzin trzeba założyć, by zbudować złożone instrumenty obserwacyjne. Budując radioteleskop, przyjmuje się wcześniej, że w Kosmosie znajdują się źródła promieniowania o określonej częstotliwości, akceptuje się szereg teorii dotyczących materiałów, z których powinny być wykonane detektory fal radiowych i tym podobne. Trudno wyniki obserwacji przeprowadzonych takimi narzędziami określić jako „nagie fakty”.

Jest jeszcze problem związany z językiem. Relacje z obserwacji opisuje się w jakichś zdaniach, za pomocą słów. Gdy obserwujemy świat, to także widzimy go (w pewnym sensie) przez pryzmat naszego języka. Język wpływa na to, jak widzimy świat. Weźmy przykład. Jest takie słowo „planeta”. Pochodzi od greckiego słowa oznaczającego błądzenie i stosowano je w starożytności do ciał niebieskich innych niż gwiazdy stałe. Planetami miały być te gwiazdy, które zmieniały położenie względem siebie, w przypadku których wydawało się, że zmieniają kierunek ruchu, jakby błądzą po niebie. Przez słowo „planeta” rozumiano więc gwiazdę, która błądzi. Wszystkie gwiazdy miały składać się z eteru, który był jedynym elementem występującym od sfery Księżyca wzwyż, w świecie, gdzie nie było powstawania ani ginięcia, czyli zupełnie innym niż na Ziemi. Starożytny astronom, patrząc na Wenus, Marsa, ale i Księżyc lub Słońce, widział planetę, a wszystkie one były dla niego gwiazdami. Ziemia oczywiście nie była dla niego planetą. Czy współczesny astronom widzi to samo, gdy na nie patrzy? Używa tych samych słów, ale rozumie je zupełnie inaczej. Czy na pewno żyje w tym samym świecie, co grecki astronom? Czy widzi te same fakty? Filozofowie nauki różnią się w odpowiedzi na to pytanie i nie będziemy się tym dalej zajmować. Przykład ten powinien być jednak wystarczający dla zilustrowania jednego z problemów tezy o nagich faktach jako podstawie prawdziwych teorii naukowych.

Pamiętajmy też, że to, co widzimy, widzimy jako przedstawiciele gatunku Homo sapiens. Zwierzęta postrzegają świat w sposób dla nich właściwy, który pozwala im sobie w nim radzić. Postrzegany przez nie obraz jest jednak często zupełnie różny od naszego sposobu odbierania i porządkowania bodźców wzrokowych, zapachowych i innych. To, co widzimy, zależy również więc od czynników czysto biologicznych.

Indukcjonistyczna koncepcja związku faktów i logiki z nauką i prawdziwością twierdzeń naukowych okazuje się zatem nie do utrzymania. Nie ma nagich faktów, a więc niewątpliwej, pewnej, niczym nieuprzedzonej obserwacji, która miałaby być podstawą praw i teorii naukowych.

 

Falsyfikowalność twierdzeń nauki

Coyne odwołał się jednak także do idei, która głoszona była przez przeciwników indukcjonizmu. Następny fragment wypowiedzi Coyne’a ma pokazywać przykład irracjonalności religii w zestawieniu ze znanym kryterium naukowości, określanym jako kryterium empirycznej falsyfikowalności. Zgodnie z koncepcją zakładaną przez Coyne’a, a opartą na idei nauki przyjmowanej przez Karla R. Poppera (1902‒1994)8Patrz Karl R. Popper, Logika odkrycia naukowego, PWN, Warszawa 1977., jednego z najważniejszych współczesnych filozofów nauki, porządny uczony, gdy okaże się, że fakty są niezgodne z przewidywaniami opartymi na teorii, porzuca tę teorię. Takie postępowanie opiera się na prawie logiki (znanym jako modus tollendo tollens), jest więc w pełni racjonalne.

Popper nie zgadzał się z neopozytywistami, że twierdzenia metafizyczne nie odgrywają w nauce żadnej roli i że są bezsensowne. Zaproponowane przez niego kryterium demarkacji miało pozwalać na odróżnianie nauki od nienauki, a nie sensu od bezsensu. Zgodnie z tym kryterium teorie są naukowe, jeśli są empirycznie falsyfikowalne, tzn. kiedy są podatne na odrzucenie na drodze obserwacji. Innymi słowy teoria jest naukowa, jeśli można wyprowadzić z niej takie twierdzenia obserwacyjne, czyli fakty, które mogą okazać się niezgodne z obserwacją. W przypadku teorii naukowych można sobie wyobrazić fakty niezgodne z teorią. Gdy one wystąpią, teoria zostaje odrzucona jako fałszywa. A że rozumowanie to opiera się na prawie logiki, to wniosek o fałszywości jest pewny. Takie postępowanie jest więc też całkowicie racjonalne.

W każdym razie Coyne zasugerował, że kto postępuje inaczej, nie jest racjonalny, a tak właśnie według niego postępują chrześcijanie:

 

Nigdy nie spotkałem chrześcijanina, który potrafiłby mi powiedzieć, jaka obserwacja we Wszechświecie spowodowałaby, że porzuciłby wiarę w Boga i Jezusa. (Uważałbym, że może to uczynić Holocaust, ale najwyraźniej nie może). Nie ma takiego horroru, takiej ilości zła na świecie, której prawdziwy wierzący nie potrafi zracjonalizować jako zgodnej z kochającym Bogiem. Jest to ostateczny sposób oszukiwania samego siebie9Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Chrześcijanie przyjmują, że Wszechświat jest stworzony przez doskonale dobrego, kochającego i wszechmocnego Boga. Z tej koncepcji można wyprowadzić przewidywanie, że taki Wszechświat powinien być bardzo przyjemnym miejscem, bez zła, bólu i cierpienia. Jest jednak inaczej. Logika, rozum nakazywałyby więc odrzucić teorię o Bogu, skoro przewidywania na niej oparte okazują się fałszywe. Chrześcijanie oczywiście tego nie robią. Nie negują faktów istnienia zła i cierpienia, ale opracowują koncepcje mające usprawiedliwić Boga, a zatem czynią swoją teorię niefalsyfikowalną, czyli zgodną z dowolnymi obserwacjami.

Porządny uczony nie postępuje w ten sposób. Przynajmniej tak się niektórym jeszcze niedawno wydawało. Historia nauki pokazuje, że uczeni wielokrotnie skłonni byli trwać przy danej teorii, nawet jeśli fakty wydawały się jej przeczyć. Tak naprawdę każda teoria ma do czynienia z faktami z nią niezgodnymi, a jednak uczeni jej nie porzucają i nie można mieć do nich o to pretensji. Niedawno dokonano tysięcy obserwacji neutrin poruszających się szybciej niż prędkość światła, co jest zakazane przez teorię względności Einsteina. Uczeni jednak nie stwierdzili, że w takim razie odrzucają błędną teorię, choć prawo logiki, modus tollendo tollens, by tego nakazywało. Szukali raczej błędów w swoich doświadczeniach. I w końcu znaleźli, bo okazało się, że jakiś kabelek był poluzowany.

Niekiedy odrzucenie teorii z powodu niezgodności z faktami okazywało się błędem. Tak było w przypadku Tychona Brahe (1546‒1601), duńskiego astronoma, który porzucił teorię Kopernika, bo nie zdołał zaobserwować zjawiska, które powinno dać się zaobserwować, jeśli Ziemia krąży wokół Słońca. Chodziło o paralaksę gwiezdną, czyli spowodowany ruchem Ziemi pozorny ruch gwiazd położonych bliżej naszej planety na tle gwiazd położonych dalej. Brak paralaksy dowodził, jego zdaniem, że Ziemia się nie porusza. Później się okazało, że w jego czasach nie było wystarczająco dokładnych narzędzi, by móc dostrzec to zjawisko. Paralaksę udało się zaobserwować dopiero w roku 1838. Ale to „obalenie” kopernikanizmu nie zniechęcało innych uczonych, jak Johannes Kepler, Galileusz czy Isaac Newton. Można zresztą powiedzieć, że teoria o ruchu Ziemi została obalona już wcześniej, bo była niezgodna z obserwacjami powszechnie dostępnymi w czasach Kopernika (przecież widać, że Ziemia się nie kręci i że to Słońce się porusza) i z przyjętą ówcześnie fizyką Arystotelesa, która te obserwacje wyjaśniała. Kopernik nie dysponował nową fizyką, więc jego teoria nie tylko była niezgodna z obserwacjami, ale i z dobrze potwierdzoną przez obserwację fizyczną teorią ruchów ciał.

Niektórzy filozofowie nauki wyciągają z takich przykładów wniosek, że nie istnieją żadne powszechnie obowiązujące reguły racjonalności naukowej, a sama nauka może rozwijać się właśnie dzięki temu, że uczeni łamią różne rzekomo obowiązujące zasady myślenia. Taki pogląd przyjmował na przykład Feyerabend:

 

wydarzenia i procesy rozwojowe, takie jak stworzenie atomizmu w starożytności, rewolucja kopernikańska, powstanie współczesnego atomizmu […], stopniowe powstanie falowej teorii światła, pojawiły się wyłącznie dlatego, iż niektórzy myśliciele zdecydowali się niepodporządkowywać pewnym „oczywistym” regułom metodologicznym albo nieświadomie je złamali.

[…] [Praktyka ta jest] zarówno sensowna, jak i absolutnie konieczna dla rozwoju wiedzy10Feyerabend, Przeciw metodzie…, s. 23..

 

Dla niektórych filozofów nauki stanowisko Feyerabenda jest zbyt radykalne i wciąż poszukują oni uniwersalnych reguł definiujących racjonalność naukową. Niemniej wielu filozofów nauki wskazuje na istnienie takich składników teorii naukowych, których uczeni nie są skłonni odrzucać w obliczu faktów niezgodnych z teorią. Istnieją więc w nauce teorie, które nie podlegają falsyfikacji. A to prowadzi nas do kolejnej chybionej uwagi Coyne’a dotyczącej różnicy między nauką i religią.

 

Pluralizm i antydogmatyzm

Według wizji Coyne’a  w religii mamy do czynienia z irracjonalnym trwaniem przy niedających się obalić albo i jawnie fałszywych koncepcjach, dogmatach, z którymi nie można dyskutować. Jakże odmiennie, według amerykańskiego biologa, wygląda sytuacja w nauce:

 

Wątpliwość jest ceniona, autorytet odrzucany. Żadnego odkrycia nie uznaje się za „prawdziwe” (a to pojęcie jest zawsze tymczasowe), jeśli nie jest powtórzone i zweryfikowane przez innych11Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Tak się składa, że kolejną kwestią, co do której filozofowie nauki są dziś raczej zgodni, jest to, że istnieją w nauce takie teorie, z którymi się nie dyskutuje, nie poddaje się ich próbom falsyfikacji, nie poszukuje się koncepcji wobec nich alternatywnych, a nawet gdy pojawią się fakty z nimi niezgodne, to uczeni tych teorii nie porzucają. Amerykański filozof, fizyk i historyk nauki Thomas Kuhn (1922‒1996) nazywał takie składniki nauki paradygmatami, węgierski filozof nauki Imre Lakatos (1922‒1974), mając na myśli coś zbliżonego, mówił o „twardych rdzeniach” programów badawczych12Patrz odpowiednio Kuhn S. Thomas, Struktura rewolucji naukowych, Fundacja Aletheia, Warszawa 2001; Imre Lakatos, Pisma z filozofii nauk empirycznych,.... Te, najogólniej mówiąc, teorie są jakby podstawami poszczególnych działów, dyscyplin nauki czy nawet jeszcze mniejszych jej fragmentów. To one są źródłem informacji dla naukowców o tym, jakiego rodzaju przedmioty i procesy istnieją w świecie, jak należy je badać, także jakich przyrządów używać do ich badania, jakie wyniki badań można uznać za satysfakcjonujące, a jakie są niedopuszczalne i gdy się pojawią, będzie to świadczyło nie o błędności tej teorii, ale o błędach popełnionych przez uczonego.

Przykładowo zgodnie z paradygmatem, który panował w astronomii przez wiele wieków, wszystkie ciała niebieskie miały być zbudowane z eteru i poruszać się ruchem jednostajnym po okręgu. Przez wiele stuleci obserwowano też, że przewidywania położeń tych ciał nie zgadzają się z faktami. Niektóre z tych faktów, jak nietrafne przewidywania zaćmień Słońca lub Księżyca, były powszechnie znane i powodowały drwiny prostych ludzi, którzy naśmiewali się z „wielce uczonych” astronomów. Paradygmat funkcjonuje jednak jak dogmat: jeśli fakty są z nim niezgodne, to tym gorzej dla faktów, a nie paradygmatu. Uczeni poprawiali model Wszechświata, ale w sposób dopuszczalny przez paradygmat, czyli dodawali do niego nowe okręgi. W czasach Kopernika, by wyjaśnić ruchy siedmiu planet (do których zaliczano Słońce i Księżyc, ale nie Ziemię) oraz sfery gwiazd stałych, potrzeba było blisko dziewięćdziesięciu okręgów. Zresztą Kopernik, choć dokonał znacznej zmiany w całym tym systemie, też pozostał przy paradygmacie ruchów jednostajnych po okręgu. Oczywiste bowiem było dla niego, tak jak dla jego poprzedników, że to jedyny możliwy ruch, jaki ciała niebieskie mogą wykonywać, i dodawanie kolejnych kół to właściwa metoda uszczegółowiania całego systemu. On sam odrzucił tę część paradygmatu, która mówiła, że Ziemia się nie porusza, i z jego systemu wynikało, że jest planetą, a przecież nie jest zbudowana z eteru. Z powodu swoich rewolucyjnych zmian traktowany był przez wielu jak odszczepieniec.

Taka sama sytuacja panuje w nauce w ogóle. I znów nie chodzi tu o jakiś zarzut. Paradygmaty pełnią bardzo pozytywną rolę, bo pozwalają uczonym prowadzić badania bez konieczności wykazywania słuszności podstawowych założeń. Dzięki paradygmatowi uczony wie, co warto obserwować, jakie stosować metody, jak wyjaśniać zjawiska. Jego zadanie polega na uszczegółowianiu, doprecyzowywaniu paradygmatu i dzięki temu dokonuje się postęp w nauce. Jednak ci, którzy z panującym paradygmatem się nie zgadzają, wcale nie są witani z otwartymi rękami. Spycha się ich na margines nauki lub uważa się za pseudouczonych. Wolność i pluralizm w nauce to więc raczej mit. Kuhn pisał na przykład o tak zwanym tłumieniu świadectwa, które polega na odrzucaniu przez czasopisma naukowe tekstów zawierających twierdzenia niezgodne z obowiązującymi. To też nie jest zarzut. Trudno się dziwić, że czasopismo lub recenzenci odrzucają tekst zakładający płaskość Ziemi bądź że instytucje finansujące naukę nie są skłonne opłacać projektów opartych na takiej idei. Dzięki temu, że nie dyskutuje się w nauce o sprawach podstawowych, można skupić się i na badaniach w ramach koncepcji, które już wcześniej zdobyły uznanie, i przeznaczać na nie potrzebne środki. W każdym razie twierdzenie, że w nauce ceni się wątpliwość, jest prawdziwe raczej tylko w pewnym stopniu. Na pewno nie stosuje się do koncepcji radykalnie odmiennych od już przyjętych.

Z „odrzucaniem autorytetu” sprawa wygląda podobnie. Autorytet w nauce ma znaczenie. Nagrodę Nobla ceni się nie tylko ze względu na korzyści finansowe. Niewątpliwy jest autorytet, którym cieszy się osoba uhonorowana Noblem. Sprawa roli autorytetu w nauce jest tak oczywista, że zamiast dokładniejszych analiz przytaczamy jeden przykład, Ludwika Grossa, badacza, któremu nie wierzono, bo nie był uznanym autorytetem. Jego historię opisał Daniel Kevles w artykule Pod prąd: opowieść o odwadze, wirusach i raku. Badania przeprowadzone przez Grossa w latach czterdziestych XX wieku wykazywały, że rak u zwierząt może mieć coś wspólnego z wirusami. Gdy je prowadził, teza ta była uważana powszechnie za niesłuszną, a jednak wydawała mu się wynikać z faktów, z którymi miał do czynienia w swoim niewielkim laboratorium. Oto, jak opisywał reakcję społeczności uczonych:

Kilku [onkologów] wątpiło nawet w moją uczciwość; jeden ze sławnych patologów, zatrudniony wówczas w nowojorskim Memorial Hospital, nie chciał podać mi ręki, kiedy przywitałem go przed moim wykładem. Krytykowano mnie ostro, a czasami wręcz złośliwie. Podczas dyskusji po moich prezentacjach, a także w odrębnych doświadczeniach, czołowi eksperci […] stwierdzali stanowczo, że moich obserwacji nie da się potwierdzić13Wypowiedź Grossa cyt. za Daniel J. Kevles, Pod prąd: opowieść o odwadze, wirusach i raku, [w:] Robert B. Silvers ....

 

Kevles przytoczył opinię szwedzkiego naukowca, George’a Kliena, który pisał o badaniach Grossa:

rzeczywiście był uczciwy, ale ponieważ nikt nie miał do niego zaufania, nikomu nie zależało na tym, aby powtórzyć jego eksperymenty we wszystkich szczegółach14Wypowiedź Klieina cyt. za Kevles, Pod prąd…, s. 61. .

 

Odmiana przyszła, gdy te same badania powtórzył uczony cieszący się autorytetem. Jak relacjonował Kevles:

 

Sytuacja uległa zmianie, gdy badania Grossa powtórzył Jacob Furth – szanowany badacz z Cornell University, który […] w połowie lat pięćdziesiątych powtórzył dokładnie eksperymenty kolegi, uzyskał identyczne wyniki i powiadomił o nich społeczność naukową. Autorytet Furtha przekonał naukowców zajmujących się biomedycyną, że wirusy rzeczywiście mają coś wspólnego z rakiem u zwierząt. Kierując się tym przeświadczeniem, naukowcy w wielu laboratoriach sporządzili przesącze z rozmaitych guzów, wszczepili je noworodkom myszy i wyizolowali cały szereg wirusów, które wywoływały raka u wielu gatunków zwierząt, w tym u chomików, szczurów, małp człekokształtnych i kotów15Kevles, Pod prąd…, s. 61..

 

Widzimy więc, że społeczność uczonych była w stanie dostrzec fakty przyrodnicze dopiero, gdy ich istnienie potwierdził uznany uczony. Oto, jak niekiedy w nauce „autorytet jest odrzucany”, a o wszystkim decydują fakty i logika 🙂

 

Argument z sukcesów nauki

Popularnym argumentem na rzecz tezy o wyższości nauki nad innymi formami wiedzy jest odwołanie do sukcesów nauki. Coyne pisał:

 

Oczywiście nauka może się mylić. Na przykład przez lata wyśmiewano dryf kontynentalny. Ostatecznie jednak metodę usprawiedliwiają jej sukcesy. Bez nauki wszyscy żylibyśmy krótkim, nieszczęsnym i pełnym chorób życiem, bez udogodnień medycyny ani techniki. Jak powiedział Stephen Hawking – nauka zwycięża, bo działa16Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Argument z sukcesów nauki może też przemawiać na rzecz realizmu naukowego. To, że możemy korzystać z samolotów, potrafimy przewidywać pogodę, dysponujemy skutecznymi lekami, zdobywamy Kosmos i tym podobne, świadczy o tym, że teorie naukowe jednak mają coś wspólnego z rzeczywistością, a nie są jedynie swobodnymi wymysłami. Pamiętać jednak należy, że skuteczność nie musi rozstrzygać o prawdziwości. Przykładowo w starożytności podróżnicy przemierzający morza i oceany kierowali się układem gwiazd na niebie, zakładając że Ziemia jest w centrum Kosmosu, i docierali do miejsc, do których chcieli się dostać. A jednak wiemy, że ich założenie było fałszywe.

Inna sprawa jest taka, że nie wszystkie twierdzenia nauki mają bezpośrednie przełożenie na kwestie, które sprawdza się w praktyce. Teorie z zakresu aerodynamiki, które wykorzystuje się przy budowie samolotów, łatwo sprawdzić w praktycznym zastosowaniu. Ale jakże inaczej jest z bardziej filozoficznymi składnikami nauki, jak założenie naturalizmu. Czy sukcesy nauki rozstrzygają też o tak ogólnych kwestiach? Tu sprawa jest bardziej wątpliwa.

I jeszcze jedno. To, co z jednego punktu widzenie jest sukcesem, z innego punktu widzenia wcale nie musi nim być. Przytoczmy ponownie opinię Feyerabenda o powszechnie uznanych, spektakularnych i jak się wydaje niewątpliwych sukcesach nauki. Jest ona znów dość radykalna, ale dobrze ilustruje ideę, którą mamy na myśli:

 

Osiągnięcia nauki z punktu widzenia jednych tradycji wydają się wspaniałe, z punktu widzenia innych ‒ odrażające, warte jedynie ziewnięcia dla innych jeszcze. Oczywiście uwarunkowania naszych współczesnych materialistów owocują wybuchami entuzjazmu wobec takich wydarzeń, jak wystrzelenie rakiety na Księżyc, odkrycie podwójnej spirali czy termodynamika stanów nierównowagi. Spójrzmy jednak na te fakty z innego punktu widzenia, a okażą się tylko śmiesznymi i jałowymi zabawami. Potrzeba było miliardów dolarów, tysięcy dobrze wyszkolonych asystentów, lat ciężkiej pracy, aby kilku naszych współczesnych, niepotrafiących się wysłowić i dość przy tym ograniczonych, wykonało bez wdzięku parę podskoków w miejscu, którego nie odwiedziłby nikt przy zdrowych zmysłach ‒ na wysuszonej, gorącej skale, gdzie nie ma czym oddychać. A przecież mistycy, ufni tylko w moc swoich umysłów, podróżowali przez sfery niebieskie do samego Boga, oglądając Go w całej wspaniałości i otrzymując siłę do dalszego życia, oświecenie dla siebie i swoich bliźnich. Tylko analfabetyzm szerokich mas i ich nauczycieli ‒ intelektualistów, ich zadziwiający brak wyobraźni, sprawia, że takie porównania odrzuca się bez większego namysłu. Wolne społeczeństwo nie sprzeciwia się takiej postawie, jednak nie pozwoli, aby stała się ona naczelną ideologią17Feyerabend, Przeciw metodzie…, s. 230..

 

Coyne jako korzyść płynącą z nauki wskazał też wyzwolenie od różnych „represji” motywowanych religijnie:

 

Bowiem pewność wiary, że rozumie prawdę w połączeniu z jej niezdolnością do jej faktycznego znalezienia, daje w wyniku rzeczy, takie jak ucisk kobiet i gejów, sprzeciw wobec badań nad komórkami macierzystymi i wobec eutanazji, ataki na naukę, zakazywanie antykoncepcji i prewencji wobec AIDS, represję seksualną i oczywiście wszystkie te wojny, zamachy samobójcze i prześladowania religijne18Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Na liście umieszczone zostały bardzo różne problemy, za które odpowiedzialna miałaby być religia czy religie. Jak to jednak możliwe, żeby sama nauka, która ‒ jak przyjął Coyne ‒ miałaby opierać się tylko na faktach i logice, była w stanie rozstrzygać kwestie światopoglądowe, które są tu wymienione. Czy na przykład nauka rozstrzyga, że aborcja nie jest złem? Skąd nauka wie, co jest, a co nie jest represją seksualną, jakie zachowania są dobre, a jakie złe? Czy naprawdę nauka jest kompetentna wydawać opinie w kwestiach moralnych?

W rzeczywistości z twierdzeń o faktach nie wynikają twierdzenia o powinnościach. Z tego, jak jest, nie wynika, jak powinno być. Nauka zajmuje się ustalaniem faktów, ale z tych faktów nie wynika, czy są one dobre, czy złe. Nauka może powiedzieć, jak skonstruować bombę atomową lub przeprowadzić aborcję, ale nie jest w stanie ocenić ich wartości moralnej (patrz też Czego nauka nie jest w stanie nam powiedzieć). Chyba że potraktujemy naukę jako związaną z jakimiś twierdzeniami światopoglądowymi, na przykład że jej istotny element stanowi teza naturalizmu, iż materialna przyroda jest ostatecznie wszystkim, co istnieje (w tej sprawie patrz też Czy nauka jest światopoglądowo neutralna?). Wtedy wchodzimy w obszar ideologii, który wykracza poza to, co pozwalają rozstrzygnąć same fakty i logika. Zasadna jest więc wątpliwość, czy właściwe jest promowanie pod płaszczykiem autorytetu nauki określonego systemu wartości (co Coyne wyraźnie robi), który wynika z przyjętych założeń filozoficznych, a nie z ustalonych faktów. Tym bardziej jeśli to rozumienie nauki jest w rzeczywistości nieporozumieniem.

 

Wiele religii, jedna nauka

Ostatnia kwestia, którą poruszymy za Coyneʼem, to stwierdzenie, że na korzyść nauki, a przeciw religiom przemawia fakt, iż nauka jest jedna, a religii jest wiele:

 

Religijne podejście do zrozumienia czegokolwiek w sposób nieunikniony powoduje, że istnieją różne wiary głoszące niezgodne ze sobą „prawdy” o świecie.

Nie ma żadnej nauki katolickiej, hinduskiej, muzułmańskiej – jest nauka19Coyne, Nie ma przyjaźni….

 

Czy jest jedna nauka, czy wiele nauk? Sprawa wydaje się złożona, bo zależy od tego, jak rozumiemy pojęcie „nauka”. Jeśli weźmiemy fizykę i psychologię, to już w pewnym sensie mamy dwie nauki. Fizyka Newtona i fizyka Einsteina to też w pewnym sensie różne nauki. Jeszcze w czasach Keplera astrologia uchodziła za naukę, ale dziś tak nie jest. Kiedyś przyjmowano, że wyjaśniając różne zjawiska, można, a niekiedy nawet trzeba odwoływać się do działania Boga lub innych bytów nadnaturalnych, jeśli chce się coś poprawnie wyjaśnić, a obecnie uznaje się, że takie odwołania są zakazane. Oczywiście, można powiedzieć, że wtedy to nie była nauka. Ale na jakiej podstawie? Sprawa wcale nie jest oczywista. Dziś do głosu dochodzą jeszcze nurty feministyczne, według których dotychczasowa nauka nie jest obiektywną metodą dochodzenia do prawdy, a jedynie męskim sposobem na utrzymanie swojej dominacji (szczególnie dominacji białych mężczyzn), a więc że to męska nauka, z mężczyznami jako najliczniejszą grupą badaczy, męską logiką, męskim współzawodnictwem i tym podobne. Zakłada się tu, że kobieca nauka, jeśli w ogóle można mówić o takim rozróżnieniu, działałaby na zupełnie innych zasadach. Aktualnie częściowo pod wpływem takich idei „otwiera się” naukę dla przedstawicieli różnych mniejszości. Czy za jakiś czas nie będziemy mieli do czynienia z inną nauką?

Ale może Coyne’owi chodziło tylko o to, że wyznawcy różnych religii akceptują tę samą naukę. W końcu terroryści niezależenie od wyznania konstruują bomby zgodnie z tymi samymi prawami naukowymi, niezależnymi od ich religii. Z drugiej jednak strony, co Coyne powiedziałby o tych kreacjonistach, którzy odwołują się do Biblii, gdy argumentują, że Ziemia nie jest starsza lub jest niewiele starsza niż dziesięć tysięcy lat? Albo o wyznawcach z Ruchu Świadomości Kriszny, którzy na podstawie swoich ksiąg uznają, że ludzie żyli na Ziemi wiele milionów lat temu? Pewnie powiedziałby, że to nie jest nauka, a nie, że jest to inna nauka.

 

Wnioski

Wbrew powszechnie występującym nieporozumieniom twierdzenia nauk empirycznych nie są pewne i nigdy nie wiadomo, czy są „prawdziwe”. Fakty badane przez uczonych mogą być równie dobrze wyjaśnione przez wiele niezgodnych ze sobą teorii i same fakty i logika nie rozstrzygają, które z wyjaśnień jest właściwe. Filozofia do uprawiania nauki jest koniecznie potrzebna. Uczeni (na szczęście?) łamią przyjęte reguły racjonalności. „Nagie” fakty nie istnieją.

I w końcu: nie można precyzyjnie odróżnić nauki od nienauki (w tym religii). Te różne domniemane cechy, odwołania do faktów i logiki, występowanie praw i teorii, argumenty z sukcesu, nawet ideę falsyfikowalności można odnosić do różnych religii, również tak, wydaje się, odległych od tego co uchodzi za racjonalność naukową, jak ‒ powiedzmy ‒ szamanizm20W sprawie szamanizmu patrz Mircea Eliade, Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, PWN, Warszawa 2001.. Szaman jak najbardziej działa w sferze faktów, musi kogoś wyleczyć, pomóc komuś znaleźć zagubiony przedmiot czy zapewnić sukces w polowaniu (fakty). Łatwo sprawdzić, czy jest skuteczny, czy nie. Zajmuje się tymi rzeczami zgodnie z regułami i z wizją rzeczywistości, jaką uzyskał w trakcie inicjacji, kiedy to dowiedział się, do których bogów lub duchów zwrócić się w określonej sprawie (prawa i teorie). Jeśli szaman nie jest skuteczny (falsyfikacja i argument z braku sukcesów), to dla społeczności, w której żyje, oznacza to, że bogowie nie chcą z nim rozmawiać, i powinien pojawić się ktoś inny na jego miejsce. Szamana nie różni od współczesnego zachodniego naukowca to, że nie używa logiki, ale że w swoich przesłankach przyjmuje inne założenia.

Nie chodzi nam jednak o to, by wykazywać, że szamanizm czy jakakolwiek religia nie różnią się niczym od nauki. Po prostu pewne popularne sposoby odróżniania nauki od nienauki, szczególnie religii, są dość zawodne, a niezawodnych brak.

 

Piotr Bylica

Przypisy:

  • 1 Jerry Coyne, Nie ma przyjaźni między nauką i religią, www.racjonalista.pl/kk.php/s,668 [dostęp 31.01.2012 – obecnie tekst niedostępny]; oryginał: Science and religion aren’t friends, „USA Today” 11.10.2010,http://www.usatoday.com/news/opinion/forum/2010-10-11-column11_ST_N.htm.
  • 2 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 3 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 4 Paul K. Feyerabend, Przeciw metodzie, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 2001,  s. 11.
  • 5 Niles Eldredge, The Monkey Business: A Scientist Looks at Creationism, Washington Square Press, New York 1982, s. 82.
  • 6 Michael Ruse, „Witness Testimony Sheet McLean v. Arkansas”, w: Michael Ruse, But Is It Science? The Philosophical Question in the Creation/Evolution Controversy, Prometheus Books, New York 1996.  s. 301 [287-306].
  • 7 W sprawie sposobów rozumienia tezy o uteretyzowaniu obserwacji patrz Kazimierz Jodkowski, Problem uteoretyzowania faktów naukowych, Zagadnienia Naukoznawstwa 1983, t. 19, nr 4, s. 419-435.
  • 8 Patrz Karl R. Popper, Logika odkrycia naukowego, PWN, Warszawa 1977.
  • 9 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 10 Feyerabend, Przeciw metodzie…, s. 23.
  • 11 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 12 Patrz odpowiednio Kuhn S. Thomas, Struktura rewolucji naukowych, Fundacja Aletheia, Warszawa 2001; Imre Lakatos, Pisma z filozofii nauk empirycznych, Biblioteka Współczesnych Filozofów, PWN, Warszawa 1995.
  • 13 Wypowiedź Grossa cyt. za Daniel J. Kevles, Pod prąd: opowieść o odwadze, wirusach i raku, [w:] Robert B. Silvers  (red.), Ukryte teorie nauki, Znak, Kraków 1996, s. 61 [54-76].
  • 14 Wypowiedź Klieina cyt. za Kevles, Pod prąd…, s. 61.
  • 15 Kevles, Pod prąd…, s. 61.
  • 16 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 17 Feyerabend, Przeciw metodzie…, s. 230.
  • 18 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 19 Coyne, Nie ma przyjaźni
  • 20 W sprawie szamanizmu patrz Mircea Eliade, Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, PWN, Warszawa 2001.

Nota bibliograficzna:

Aby dowiedzieć się więcej o nauce, warto zajrzeć do przystępnie napisanej książki z oferty En Arche: Del Ratzsch, Nauka i jej granice (w przygotowaniu), a także do książki Alana Chalmersa, Czym jest to, co zwiemy nauką, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 1993.

Wypowiedzi Coyneʼa pochodzą z: Jerry Coyne, Nie ma przyjaźni między nauką i religią, www.racjonalista.pl/kk.php/s,668 [dostęp 31.01.2012 – obecnie tekst niedostępny]; oryginał: Science and religion aren’t friends, „USA Today” 11.10.2010,http://www.usatoday.com/news/opinion/forum/2010-10-11-column11_ST_N.htm.

 

Inne publikacje cytowane w powyższym opracowaniu:

 

Eldredge Niles, The Monkey Business: A Scientist Looks at Creationism, Washington Square Press, New York 1982.

Eliade Mircea, Szamanizm i archaiczne techniki ekstazy, PWN, Warszawa 2001.

Feyerabend Paul K., Przeciw metodzie, Wyd. Siedmioróg, Wrocław 2001.

Jodkowski Kazimierz, Problem uteoretyzowania faktów naukowych, Zagadnienia Naukoznawstwa 1983, t. 19, nr 4, s. 419-435.

Kevles Daniel J., Pod prąd: opowieść o odwadze, wirusach i raku, [w:] Silvers (red.), Ukryte teorie…, s. 54-76.

Kuhn S. Thomas, Struktura rewolucji naukowych, Fundacja Aletheia, Warszawa 2001.

Lakatos Imre, Pisma z filozofii nauk empirycznych, Biblioteka Współczesnych Filozofów, PWN, Warszawa 1995.

Popper Karl R., Logika odkrycia naukowego, PWN, Warszawa 1977.

Silvers Robert B. (red.), Ukryte teorie nauki, Znak, Kraków 1996.

Dodaj komentarz