Dlaczego Bóg objawił się tak późno?

Marek Dobrzeniecki

Hipoteza pierwotnego objawienia

Jeżeli przyjmiemy obecną rachubę antropologów, że gatunek homo sapiens pojawił się na kuli ziemskiej około 200 tys. lat temu, i porównamy ją z datą narodzin Jezusa Chrystusa (które miały oczywiście miejsce około 2 tys. lat temu), to zobaczymy, że mimo iż Jego przyjście na ziemię wydaje się nam niekiedy zdarzeniem z zamierzchłej przeszłości, to w gruncie rzeczy miało ono miejsce bardzo późno, jeśli wziąć pod uwagę całą historię ludzkości. Powyższa konstatacja może nas zaniepokoić: jeśli Jezus Chrystus jest jedyną drogą prowadzącą do Boga Ojca, to wydaje się, że całe pokolenia ludzi oraz całe wielkie kultury i cywilizacje bez własnej winy zostały pozbawione szansy wstąpienia na tę drogę. Czy nie przeczy to Bożej sprawiedliwości i temu, że Bóg w sposób równy traktuje wszystkich ludzi?

Zanim odpowiem na tę wątpliwość, chciałbym przedstawić kilka uwag wstępnych. Po pierwsze, pytanie o przyczyny późnego objawienia nie ma sensu dla ateisty czy agnostyka. Podobnie pluralista religijny w stylu Johna Hicka, to znaczy ktoś, kto wierzy w istnienie rzeczywistości ostatecznej i transcendentnej, ale uważa, że nie istnieje religia, która wyrażałaby w pełni prawdę o tejże rzeczywistości – on również nie zada interesującego nas tutaj pytania. Taka osoba odrzuca ideę pełnego objawienia, a religie są dla niej zazwyczaj mniej lub bardziej udaną ludzką próbą dotknięcia niewyrażalnej rzeczywistości boskiej. Z tych oczywistych uwag płynie niebanalny wniosek: pytając, dlaczego Bóg objawia się w danym momencie, zakładamy wiarę, że to objawienie faktycznie miało miejsce.

W drugiej uwadze wstępnej chciałbym skierować spojrzenie na niemałą grupę teologów, filozofów i religioznawców, którzy nie zgadzają się z założeniem tytułowego pytania. Przeczą oni przesłance, że Bóg objawił się późno w historii ludzkości. Jedną z najbardziej znanych odpowiedzi w tym duchu jest hipoteza pierwotnego objawienia, którą sformułował austriacki ksiądz katolicki Wilhelm Schmidt (1868‒1954). Badacz ten zinterpretował zaskakujące dane, które na przełomie XIX i XX wieku zaczęły spływać do religioznawców od antropologów i etnografów (między innymi od Andrew Langa i Paula Radina). Wbrew wcześniejszym przekonaniom na ewolucję religii (takim jak na przykład teoria elementarnych form życia religijnego Emila Durkheima) najświeższe ówcześnie dane empiryczne wskazywały, że cofając się w czasie i rozwoju cywilizacyjnym, wcale nie natrafiamy na coraz bardziej prymitywne systemy religijne, takie jak animizm czy totemizm. Wręcz odwrotnie. Okazuje się, że zazwyczaj ludy o nierozwiniętej kulturze materialnej dysponują dużo subtelniejszą teologią (z punktu widzenia monoteizmu) niż ich bardziej rozwinięci pod względem cywilizacyjnym rywale. Klasycznym przykładem jest porównanie zaawansowanych pod względem kultury materialnej Azteków i Majów z ościennymi Indianami. Wierzenia religijne tych pierwszych były daleko bardziej prymitywne czy też – wprost rzecz ujmując – przerażające.  Aztekowie na przykład wierzyli, że muszą nieustannie składać słońcu krwawe ofiary z ludzi dla podtrzymania jego cyklu wschodów i zachodów. W latach sześćdziesiątych XX wieku amerykański antropolog George Peter Murdock postanowił podsumować stan badań nad religiami ludów pierwotnych i doszedł do wniosku, że u ponad połowy występowała bądź występuje wiara w bóstwo najwyższe.

Schmidt formułował swoją hipotezę wcześniej niż publikował Murdock, ale miał on dostęp do podobnych danych. Wniosek z nich nasuwał mu się jeden: w miarę rozwoju kultury i cywilizacji następuje regres wierzeń religijnych, a to może oznaczać, że gdybyśmy byli w stanie cofnąć się w czasie jeszcze bardziej, to prawdopodobnie odkrylibyśmy znacznie więcej przypadków wiary w bóstwa najwyższe, a nawet sytuacje czystego monoteizmu. Z braku świadectw przekonań religijnych czasów archaicznych nie możemy tego uczynić, ale możemy z dużą dozą prawdopodobieństwa wysnuć hipotezę, że starodawne kultury były monoteistyczne. Ta konkluzja, chociaż jest oparta na bogatym materiale empirycznym, idzie w odwrotnym kierunku niż przewidywania zdrowego rozsądku, a w związku z tym domaga się wyjaśnienia. Schmidt wnioskował, że najwyraźniej u zarania ludzkości musiało mieć miejsce jakieś pierwotne objawienie Boga, które później w procesie transmisji kulturowej zostało zanieczyszczone i w konsekwencji zapomniane. Jedni będą widzieć w tym skutki działania grzechu pierworodnego, inni zwracają uwagę, że monoteizm jest zawsze najbardziej wymagającą pod względem moralnym formą wiary religijnej. Najwyższe bóstwo nie ma względu na osoby ani narody, widzi wszystko, domaga się uczciwości, tymczasem bogowie religii świątynnych i politeistycznych są specjalistami w danej dziedzinie, opiekują się konkretnym narodem czy miastem, a szkodzą obcym. Mają w zasadzie nie wiernych, lecz klientelę.

Zdaniem Schmidta nie trzeba się w związku z tym dziwić, że nasi praprzodkowie często porzucali wierzenia religijne przypominające monoteizm, tak że przed objawieniem judaistycznym w zasadzie zniknął on z powierzchni ziemi. Niezależnie od szczegółów wyjaśniających procesy tracenia całkiem rozwiniętych teologii na rzecz ich gorszych substytutów zwolennik hipotezy objawienia pierwotnego nie zgodzi się z twierdzeniem, że Bóg objawił się późno. Za powód tego, że całe pokolenia i cywilizacje nie poznały prawdziwego Stwórcę wszystkich rzeczy, będzie podawał moralne wady ludzkości.

 

„Pełnia czasu”

Dla chrześcijanina powyższa odpowiedź tylko częściowo jest satysfakcjonująca. Według naszej wiary pełnię objawienia stanowi dopiero Wcielenie Syna Bożego, a zatem ci wszyscy, którzy żyli przed Nim, nie mogli być beneficjentami owego objawienia, nawet jeżeli korzystali z dobrodziejstw objawienia pierwotnego. Jeśli zbawienie człowieka jest zależne od jego relacji z Jezusem Chrystusem, to fakt, że część ludzi bez własnej winy nie mogła Go spotkać i poznać Jego nauk, stanowi pewne wyzwanie rzucone Boskiej miłości i sprawiedliwości.

Jezus Chrystus przyszedł na świat nie tylko w danym czasie, ale i w określonym miejscu, tym samym stawiając na gorszej pozycji nie tylko te pokolenia, które istniały na ziemi na długo przed Nim, ale również i tych ludzi (na przykład kultury Azji i Ameryki), którzy choć czasowo byli Mu współcześni, to jednak znajdowali się w dużym oddaleniu, co nie pozostało bez wpływu na prędkość dotarcia do nich Ewangelii. Joseph Ratzinger zauważył ten problem we Wprowadzeniu w chrześcijaństwo, nazywając go zgorszeniem partykularyzmem chrześcijaństwa. Wyrażał ten zarzut następująco: „Wydaje się zuchwałością i niedorzecznością, by postać jednego człowieka, która w miarę coraz większego oddalenia w czasie musi znikać we mgle przeszłości, ogłaszać za właściwy ośrodek historii”.

Jeśli jednak chrześcijaństwo jako pełnię Bożego objawienia głosi przyjęcie przez drugą Osobę Trójcy Świętej ludzkiej natury, to skandal partykularyzmu (czasowego, geograficznego, kulturowego) jest nie do uniknięcia. Ponieważ chrześcijaństwo wyznaje Chrystusa, który był prawdziwie człowiekiem, a nie herosa, tytana czy innego półboga, który żyje przez wieki i pojawia się raz tu, raz tam na wszystkich kontynentach, to spodziewa się, że życie Wcielonego Boga będzie ograniczone w sensie czasowym, przestrzennym i kulturowym. Ktoś, kto akceptuje objawienie chrześcijańskie, jest ipso facto zobowiązany do przyjęcia, że publiczny wymiar tego objawienia będzie trwał tylko przez pewien czas i w określonym miejscu. Zostawia nas to z pytaniem, dlaczego Jezus przyszedł na świat akurat dwa tysiące lat temu w Palestynie.

Najprostszą na nie odpowiedź odnajdziemy w samym Nowym Testamencie. Święty Paweł w Liście do Galatów pisał: „Gdy nadeszła pełnia czasu, zesłał Bóg Syna swego, zrodzonego z niewiasty, zrodzonego pod Prawem” (Ga 4,4). Apostoł Narodów wyrażał w tym fragmencie przekonanie, że jeśli wierzymy, iż Jezus Chrystus jest wysłanym przez Boga Zbawicielem świata, to zaakceptujemy również prawdę, że przyszedł On w najbardziej optymalnym momencie historii ludzkości. Nie musimy znać wszystkich racji, którymi kierował się Bóg, że zdecydował się akurat na ten moment, na który się zdecydował, ale skoro ufamy, że wszystko, co czyni, jest czynione w najlepszym interesie ludzkości, to przystaniemy na tezę, że najwłaściwszy moment przyjścia Syna Bożego na świat miał miejsce dwa tysiące lat temu w Palestynie.

 

Hipoteza rozwoju ludzkości

Chociaż powyższa odpowiedź wydaje mi się całkowicie sensowna i racjonalna, to można zauważyć, że pozwala nam ona drążyć temat dalej. Możemy spróbować zrozumieć przynajmniej część Bożych racji, które zdecydowały o narodzeniu Jezusa w Judei około 750 lat po założeniu Rzymu, nawet jeśli w pokorze uznamy, że wyroki Bożej opatrzności wymykają się próbom ich całkowitego zrozumienia. Już ojcowie Kościoła dociekali, dlaczego Jezus przyszedł na świat w ich epoce oraz jakie wynikają z tego skutki dla ludzi, którzy żyli przed Nim.

Jedną z najpoważniejszych teorii wyjaśniających powody, dla których Syn Boży mógł „zwlekać” z przyjściem na ziemię, jest hipoteza dojrzewania ludzkości. Zgodnie z nią Bóg czekał z pełnym objawieniem aż do momentu, w którym mogło ono zostać przynajmniej częściowo przyjęte. Gdyby posłannictwo Chrystusa nie zostało w ogóle zrozumiane, nie przyniosłoby ono owoców w postaci misji ewangelizacyjnej obejmującej cały świat. Błogosławiony Charles de Foucauld boleśnie przekonał się o tym, że ewangelizacja ma sens tylko tam, gdzie istnieje pewien wspólny fundament założeń i wartości. W listach do przyjaciół z Francji pisanych z Tamanrasset w Algierii na przykład narzekał, że jego uprzejmość wobec kobiet nie jest traktowana przez Tuaregów jako chrześcijańskie świadectwo godności wszystkich osób, lecz jako jego zniewieścienie. Nikomu jego postawa tam nie imponowała, była tylko przedmiotem kpin. Nie trzeba dodawać, że błogosławionemu nie udało się nikogo w Tamanrasset nawrócić.

Nie kwestionuję oczywiście świętości Charles’a de Foucauld, lecz zwracam uwagę na fakt, że nie wystarczy dobra i prawdziwa treść nauczania, aby zostało ono przyjęte. Musi być jeszcze zrozumiałe dla odbiorców, a aby było jasne, potrzeba pewnej równości w zaawansowaniu kulturowym, intelektualnym i moralnym między nadawcą a odbiorcą danego przekazu. Jeśli ta hipoteza jest prawdziwa, to konieczność rozwoju czy też dojrzewania ludzkości mogła być powodem „opieszałości” Syna Bożego w przyjściu na ziemię.

O jakim rozwoju kulturowym i intelektualnym mówimy w przypadku Jezusa Chrystusa i przyjęcia Jego orędzia przez świat? Z pewnością dla powodzenia misji Jezusa i Jego Kościoła konieczne było, aby Wcielenie miało miejsce w czasie i kulturze, która kultywowała prawdę o jedynym Bogu. Historia Izraela to zmaganie z grzechem bałwochwalstwa i politeizmu wyznawanego przez ludy ościenne. Walka ta w czasach Jezusa była ostatecznie wygrana i choć pewne grupy w narodzie wybranym (na przykład saduceusze) kwestionowały zmartwychwstanie, to jednak nikt nie wątpił w jedyność Boga. Kiedy czytamy Stary Testament, wyraźnie daje się zauważyć nieustanny postęp moralny ludu Izraela: księgi spisane najwcześniej (jak Księga Jozuego czy Księgi Samuela) przedstawiają obraz, zgodnie z którym lud ten hołduje moralności odpłaty, zemsty, odpowiedzialności zbiorowej, niechęci do wszystkiego, co obce (co oczywiście nie było niczym wyjątkowym w ówczesnym świecie), od której stopniowo Izrael odchodził, tak że w pewnym momencie pewna jego część (apostołowie; kobiety towarzyszące Jezusowi w trakcie Jego działalności publicznej; pierwsi chrześcijanie) była gotowa przyjąć radykalizm Jezusowego przykazania miłości nieprzyjaciół. W Kościele między innymi z wyżej wspomnianych powodów (jest ich naturalnie o wiele więcej) czytamy Stary Testament jako preparatio evangelica, przygotowanie Ludu Bożego na przyjście Syna Bożego. Z samej tej idei wynika, że coś, co niektórzy oceniają jako opóźnianie objawienia przez biernego Boga, w gruncie rzeczy stanowi Jego aktywne działanie, aby przygotować glebę dla ziarna, którym jest Jego objawienie.

Centralna doktryna chrześcijaństwa łączy monoteizm z wiarą w Trójcę Świętą oraz w unię hipostatyczną między naturą boską i ludzką w jednej Osobie Jezusa Chrystusa. Jak się okazało, aby wyrazić te prawdy, Kościół potrzebował subtelnych dystynkcji i konceptualnych narzędzi filozofii greckiej. Bez pojęć natury, osoby czy substancji trudno byłoby zachować wśród wierzących monoteizm. Co więcej, bez przyzwyczajenia świata antycznego do rozważania argumentów na podstawie siły ich przekonywania, a nie miejsca pochodzenia; bez uprzedniej krytyki oficjalnych kultów państwowych chrześcijaństwo nie mogłoby przekraczać granic narodów. Byłoby prawdopodobnie odrzucane z miejsca jako wymysł żydowski, który właśnie dlatego jest nieinteresujący dla przedstawicieli innych ludów. To greccy filozofowie przyzwyczaili antyk, że kwestionowanie zastanej religii i przyjęcie innej nie jest zdradą państwową. Dlatego idealnym momentem przyjścia Jezusa wydaje się chwila, kiedy judaizm zetknął się z osiągnięciami greckiej myśli. Nawet jeśli wykorzystanie tego faktu w postaci orzeczeń soborowych miało miejsce parę stuleci po przyjściu Chrystusa, to istotne jest, że owa synteza zaczęła się jeszcze przed narodzinami Jezusa. Inaczej współczesne chrześcijaństwo byłoby narażone na zarzut, który formułował Adolf von Harnack (1851‒1930), że hellenizm je zanieczyścił, a w związku z tym jego dzisiejsza wersja nie jest tą głoszoną przez Jezusa i pierwszych Jego uczniów. Ponieważ jednak Chrystus przyszedł na świat w kulturze, w której już doszło do spotkania judaizmu z kulturą helleńską, zarzut ten właściwie się nie broni. Spotkania tego dowodzi choćby Septuaginta (250–150 przed Chr.), grecki przekład Biblii hebrajskiej. Dzięki niemu do słownika świata biblijnego wkroczyły pojęcia używane przez greckich filozofów.

Największy historyk Kościoła starożytnego Euzebiusz z Cezarei uważał, że nie ma też niczego przypadkowego w przyjściu Chrystusa pod panowaniem rzymskim. Zaznaczał ten fakt już Łukasz Ewangelista: „W owym czasie wyszło rozporządzenie cezara Augusta” (Łk 2,1). Chociaż współcześni czasem zarzucają Euzebiuszowi oportunizm i uległe chwalenie Imperium Rzymskiego, to jednak jest pewna racja w uwadze, że dzięki pax romana (tak historycy określają stan pokoju w wewnętrznej i zewnętrznej polityce Rzymu), które nastąpiło za wspomnianego przez świętego Łukasza Augusta oraz dzięki rzymskim drogom można było łatwiej pokonywać odległości, a nawet granice, dlatego Dobra Nowina mogła szybciej niż dotąd w historii ludzkości docierać do odległych zakątków.

Zauważmy, że z prezentowanego tu punktu widzenia Jezus Chrystus przyszedł w pierwszej dogodnej i sprzyjającej dla rozprzestrzenienia się chrześcijaństwa porze. Jest to moment spotkania się trzech niezależnych od siebie kultur: żydowskiej, greckiej i rzymskiej, a które to razem złożyły się na zaistnienie unikalnych warunków materialnych, politycznych, intelektualnych, moralnych i teologicznych. Dokonanie się Wcielenia właśnie w tym momencie zaczyna być dla nas bardziej zrozumiałe.

Z tego, co dotychczas powiedziałem, wyłania się intuicja, że przyjście Chrystusa na świat musiało mieć miejsce wtedy, kiedy zostały spełnione warunki dogodne dla przyjęcia Jego orędzia. Ludzkość musiała dojrzeć do przyjęcia Jego misji i choć mogła się ona wydarzyć u zarania dziejów człowieka, to jednak nie przyniosłaby wtedy pożądanych efektów. Syn Boży co prawda nawet i wtedy mógłby zbawić ludzkość, ale wiedza o tym nie dotrwałaby do naszych czasów. Stąd choć na pierwszy rzut oka Jego narodziny w I wieku zdają się przeczyć Boskiej sprawiedliwości, to w gruncie rzeczy były one optymalnym działaniem Boga, który zamanifestował swoją obecność w prawdziwej pełni czasu.

 

„Ziarna Słowa”

Zwróćmy ponadto uwagę, że chociaż narodziny Jezusa są wydarzeniem bardzo późnym, jeśli wziąć pod uwagę całą historię ludzkości, to nie oznacza to, że wiedza o Jego narodzinach nie mogła objąć większości ludzi (gdybyśmy byli skuteczniejsi jako ewangelizatorzy). Do czasu pierwszej eksplozji demograficznej związanej z rewolucją agrarną (10 tys. lat przed Chr.) żyło raptem 2% ogólnej liczby ludzi kiedykolwiek żyjących na ziemi, w czasach Jezusa na świecie żyło 175 mln ludzi, a dzisiaj żyje 7,5 mld (7% ogólnej liczby ludzi kiedykolwiek żyjących na ziemi). Jezusa nie poznała z racji zbyt wczesnego urodzenia zdecydowana mniejszość populacji ludzkiej.

Wskazanie na powyższe racje nie zmienia faktu, że część (nawet jeśli mniejsza) ludzkości bez winy ze swojej strony nie mogła poznać Jezusa. Jeśli szczęściem i zbawieniem człowieka jest relacja z Nim, to w jakim sensie można mówić o Boskim pragnieniu odkupienia całej ludzkości? Problem ten niepokoił między innymi świętego Justyna, który w 1 Apologii zastanawiał się nad losem Sokratesa, Heraklita czy Abrahama. Od tego autora pochodzi teoria ziaren Słowa, wedle której śladów zbawczego działania Logosu można doszukać się jeszcze przed Wcieleniem. Justyn wyszedł zatem z często zapominanego przez nas założenia, że Bóg istnieje poza czasem. Z Bożej perspektywy nasza przeszłość, teraźniejszość czy przyszłość jest czymś jednoczesnym i momentalnym. Nie ma więc sprzeczności w powiedzeniu, że Chrystus działał jeszcze przed swoimi narodzinami. Katolicy w gruncie rzeczy są przyzwyczajeni do tego sposobu myślenia, chociażby przez dogmat o Niepokalanym Poczęciu Najświętszej Maryi Panny. Wedle orzeczenia Piusa IX Ineffabilis Deus z 1854 roku Maryja już w akcie stworzenia była obdarowana łaską Ducha Świętego i została zachowana od grzechu pierworodnego, a przecież Nowy Testament ściśle wiąże działanie Ducha Świętego z wypełnieniem misji Jezusa Chrystusa. Jan Ewangelista pisał o tym wprost: „Duch nie był jeszcze dany, ponieważ Jezus nie został jeszcze uwielbiony” (J 7,6). Święty Paweł widział w Duchu Świętym Ducha Chrystusa i obu wyrażeń używał w zasadzie zamiennie: „Wy jednak Nie żyjecie według ciała, lecz według Ducha, jeśli tylko Duch Boży w was mieszka. Jeżeli zaś kto nie ma Ducha Chrystusowego, ten do Niego nie należy” (Rz 8,9). Nie pogodzimy tych cytatów z dogmatem o Niepokalanym Poczęciu, jeżeli nie uświadomimy sobie, że Bóg działa poza czasem.

Owocem działania Ducha Świętego jest uobecnianie Chrystusa. Widzimy to na przykład w epiklezie: tej części Mszy świętej, w trakcie której kapłan modli się o zstąpienie Ducha Świętego na dary chleba i wina, aby stały się Ciałem i Krwią Chrystusa. Z drugiej strony dogmat o Niepokalanym Poczęciu poucza nas, że Duch Chrystusowy działał jeszcze przed przyjściem Syna Bożego na ziemię. Oznacza to, że Duch Święty mógł umożliwiać relację z Jezusem poprzez uobecnianie Go nawet tym, którzy żyli jeszcze przed Jego narodzinami. Nie była to relacja bezpośrednia, lecz zapośredniczona. Można ją porównać do sytuacji, kiedy dzięki podziwianiu Słoneczników van Gogha – poprzez wgląd w jego duszę, przeżycia, myśli, odczuwanie wyrażone na płótnie – możemy nawiązać relację z ich twórcą, i to pomimo że on sam na obrazie się nie znajduje i pomimo że dzielą nas od malarza epoki. Taką zapośredniczoną relacją z Jezusem mogły być w życiu tych, którzy na ziemi zagościli przed Zbawicielem, wszelkie kontakty z przejawami dobra, prawdy i piękna, które są przecież dziełem Słowa, „przez które wszystko się stało” (J 1,3). Święty Justyn rozpoznawał zatem obecność ziaren Słowa również poza Kościołem. To owe ziarna umożliwiały ludziom zmarłym przed Chrystusem spotkanie z Nim. Dodajmy jeszcze na potwierdzenie teorii ziaren Słowa, że w Credo wypowiadamy artykuł wiary o zstąpieniu Chrystusa do piekieł, którego treścią jest przekonanie Kościoła, że każda osoba, która umarła przed Jezusem, w końcu spotkała się z Nim w sposób bezpośredni. Nie są więc te osoby tak poszkodowane, jak się to z początku mogło nam wydawać.

 

Podsumowanie

Dlaczego Chrystus przyszedł na ziemię tak późno? Odpowiedzią, którą formułowałem w niniejszym tekście, próbuję przekonać, że Jezus z Nazaretu narodził się w optymalnym dla ludzkości momencie, to jest wtedy, gdy pojawiły się warunki do realizacji zbawczych celów Boga. Nawet jeśli oznacza to, że część osób przeżyła swoje życie, nigdy nie słysząc Dobrej Nowiny, którą przyniósł na świat Syn Boży, nie dowodzi, że ludzie ci zostali pozostawieni sami sobie. Bóg dociera do każdego człowieka sobie znanymi drogami, tak aby każdy mógł w swoim życiu nawiązać odkupieńczą dla niego relację z Logosem

Marek Dobrzeniecki