Po co nam apologetyka? Rozmawiamy z ks. dr Markiem Dobrzenieckim

Marek Dobrzeniecki

Trzeba pamiętać, że zadawanie pytań czy też doświadczanie wątpliwości nie jest niczym grzesznym. Wręcz przeciwnie, powinniśmy wiarę ugruntowywać w rozumie, a apologetyka to dziedzina obmyślona jako pomoc dla osób chcących to uczynić. Stara się ona dostarczać odpowiedzi na pytania dręczące ludzi.

Redakcja Contra Gentiles: Co to jest apologetyka i jaki jest jej cel?

Ks. dr Marek Dobrzeniecki: Termin „apologetyka” jest dość młody, biorąc pod uwagę historię teologii chrześcijańskiej. Pojawił się dopiero w połowie XIX wieku jako nazwa nowej dziedziny, która za cel postawiła sobie wykazywanie wiarygodności chrześcijaństwa wobec rozumu ludzkiego. Aby wyjaśnić sens apologetyki, należałoby porównać wiarę w Boga do relacji między osobami, takiej jak przyjaźń czy miłość oblubieńcza (porównanie to koresponduje z definicją wiary zamieszczoną w Katechizmie Kościoła Katolickiego, gdzie wiara określona jest jako „osobowe przylgnięcie do Boga”). Zwróćmy uwagę, że nie ma żadnych racjonalnych argumentów dowodzących, że dana osoba zawsze będzie moim przyjacielem i nigdy nie nadużyje mojego zaufania. Nikt nie jest w stanie dać podobnych gwarancji. To, co rozum może uczynić w takiej sytuacji, to szukać racji uprawdopodobniających tezę, że dany człowiek jest godny zaufania, potrafi zachować tajemnicę, umie postępować nieegoistycznie i tak dalej. Jeśli je znajdzie, to decyzja przyjaźnienia się z daną osobą będzie nie tylko racjonalna, ale i łatwiejsza do podjęcia. Cel apologetyki jest w odniesieniu do wiary analogiczny. Choć rozum nie jest w stanie udowodnić, że Chrystus zmartwychwstał, a Jedyny Bóg jest w trzech Osobach, to może danego człowieka doprowadzić do miejsca, w którym jego decyzja o zaufaniu Chrystusowi będzie racjonalna i będzie miał on odwagę ją podjąć. Teologia miejsce to nazywa „przedsionkiem wiary” (w łacinie mówiło się w tym kontekście o przesłankach wiary ‒ praeambula fidei).

Należy też pamiętać, że w ukazywaniu racjonalności wiary nie chodzi o przedstawienie jej jako oczywistej, gdyż wtedy przestałaby być wiarą, lecz jako spójnej czy niesprzecznej. Dla przykładu, refleksja nad powodami dopuszczenia przez Boga istnienia zła ma na celu doprowadzenie do wniosku, że cierpienia niewinnego, takiego jak Hiob, nie świadczą o tym, że Bóg nie istnieje. Innymi słowy, cele apologety są zazwyczaj skromniejsze niż zadanie misyjne. Czym innym bowiem jest wykazanie racjonalności wiary, a czym innym przekonanie kogoś, że Chrystus jest jedynym Zbawicielem.

RCG: Jaką wartość ma apologetyka dla przeciętnego chrześcijanina niebędącego z wykształcenia teologiem?

MD: Niekoniecznie trzeba być wykształconym w teologii, by mieć wątpliwości co do niektórych treści wiary. Dla przykładu, wobec faktu istnienia wielu wyznań chrześcijańskich mogą nas najść wątpliwości, dlaczego praktykować wiarę w Chrystusa akurat w Kościele katolickim. Inni mogą się zastanawiać, czy mamy jakiekolwiek świadectwa potwierdzające historyczność Jezusa z Nazaretu oraz czy Ewangelie nie są wytworem czyjejś fantazji. Trzeba pamiętać, że zadawanie pytań czy też doświadczanie wątpliwości nie jest niczym grzesznym. Wręcz przeciwnie, powinniśmy wiarę ugruntowywać w rozumie, a apologetyka to dziedzina obmyślona jako pomoc dla osób chcących to uczynić. Stara się ona dostarczać odpowiedzi na pytania dręczące ludzi.

 

Wiara zawsze wymaga dopełnienia. Wiara, owszem, jest cnotą, ale by wierzyć, trzeba wpierw wiedzieć, w co lub komu wierzę.

 

Jest też dla mnie jasne, że aby być dobrym chrześcijaninem ‒ nie każdy musi zagłębiać się w dość skomplikowane dyskusje na temat historii idei prymatu papieskiego czy też argumentów za istnieniem Boga. Jednak nawet wierzący niezainteresowani rozważaniem, w jaki sposób odpowiedzieć na kolejne zarzuty wysuwane pod adresem racjonalności chrześcijaństwa, mogą czerpać korzyść z istnienia apologetyki. Chociażby przez świadomość, że Kościół nie boi się pytań; że angażuje się w dyskusję z niewierzącymi, a piórem bądź słowem niektórych swych członków jest w stanie odeprzeć najostrzejsze nawet ataki ateizmu.

RCG: Po co uczyć się o intelektualnych aspektach chrześcijaństwa? Czy nie wystarczy po prostu wierzyć?

MD: Wiara zawsze wymaga dopełnienia. Wiara, owszem, jest cnotą, ale by wierzyć, trzeba wpierw wiedzieć, w co lub komu wierzę. Pomijając kwestię różnych postaci wiary niechrześcijańskiej (jak na przykład wiara w życie pozaziemskie czy w to, że nauka jest odpowiedzią na wszelkie bolączki ludzkości), to już w obrębie chrześcijaństwa różnie odpowiada się na to pytanie. Dla przykładu, Jan Kalwin twierdził, że lektura Pisma Świętego musi prowadzić do wniosku, że pośmiertny los człowieka jest z góry określony, to znaczy: zanim się narodzi, już wiadomo, czy zostanie on zbawiony, czy potępiony. Inni chrześcijanie gwałtownie się temu przeciwstawiają. W co mam więc jako chrześcijanin wierzyć? Jak rozstrzygnąć ten spór, jeśli nie odwołując się do środków rozumowych: w tym przypadku do analizy tekstów Pisma Świętego czy autorytetów teologicznych, takich jak Ojcowie Kościoła? Wiara nie jest czymś przeciwnym rozumowi, gdyż jej nieodłącznym elementem są wysiłki intelektualne. Na przykład aby uwierzyć słowom Jezusa, muszę wpierw zrozumieć, co On do mnie mówi.

Nadto wiara chrześcijańska stwierdza, że człowiek został stworzony na obraz i podobieństwo Boga (por. Rdz 1,27). W czym wyraża się owo podobieństwo? Najczęściej wskazuje się tu na takie jego cechy, jak zdolność do miłowania, wolność oraz rozumność. Jeśli tak, to byłoby czymś bardzo dziwnym, gdybym w relacji do Stwórcy nie chciał używać daru rozumu, który mnie do Niego upodabnia. Ludzie wykorzystują swą inteligencję, gdy muszą zarobić na swoje utrzymanie, chcą zdobyć pracę czy sympatię osób, na których im zależy, kiedy rozwijają swe pasje i zainteresowania, a więc w istotnych dla swego życia obszarach. Dlaczego mieliby ją wyłączać, gdy stają wobec Boga? Myślę, że podejrzliwość względem rozumu wiąże się z tym, że często nastawienie racjonalistyczne w sferze duchowej kojarzy się z zarozumiałością, sceptycyzmem i wykluczeniem istnienia tajemnicy, które to postawy rzeczywiście byłyby przeszkodą w wierze. Problemem oczywiście nie jest wtedy rozum, tylko sposób jego wykorzystania. Gdy ludzie się zakochują, chcą jak najwięcej o sobie wiedzieć; chcą się jak najlepiej poznać. Uczucie idzie wtedy w parze z intelektem. Już z tego prostego przykładu wynika, że rozum nie musi stać w sprzeczności z postawą pokory, miłości i adoracji, które tworzą odpowiednie środowisko rozwoju relacji z Bogiem.

RCG: Jak przygotować się do rozmowy na temat chrześcijaństwa, aby była ona owocna? Czego należy unikać, podejmując z ateistą temat wiary?

MD: W rozmowach o chrześcijaństwie kluczowe jest koncentrowanie się na sprawach istotnych. Doktryna chrześcijańska jest na tyle rozległa, że można pogubić się w szczegółach i zacząć na przykład drążyć temat motywacji ludzi średniowiecza do udziału w wyprawach krzyżowych. Nie chcę powiedzieć, że jest to zagadnienie niewarte zgłębienia i niezwiązane z chrześcijaństwem, ale gdyby moja rozmowa z niewierzącym weszła w takie szczegóły, to miałbym przeświadczenie o jej obustronnej bezowocności. Dlaczego? Ponieważ nie podjąłem decyzji o byciu chrześcijaninem ze względu na wyprawy krzyżowe i podejrzewam, że jeśli ktoś deklaruje, że nim nie jest ze względu na wyprawy krzyżowe, to bardziej znajduje sobie w nich wymówkę niż rzeczywisty powód niewiary. Dla mnie pomocne jest wtedy wracanie do centrum wiary, a jest nim zmartwychwstanie Chrystusa i związana z nim nadzieja na życie wieczne dla każdego człowieka. Podstawowe pytanie, które stawia przed każdą osobą chrześcijaństwo, brzmi: czy wierzysz z zmartwychwstanie Jezusa Chrystusa?

 

Ludzie wykorzystują swą inteligencję, gdy muszą zarobić na swoje utrzymanie, chcą zdobyć pracę czy sympatię osób, na których im zależy, kiedy rozwijają swe pasje i zainteresowania, a więc w istotnych dla swego życia obszarach. Dlaczego mieliby ją wyłączać, gdy stają wobec Boga?

 

Analogiczną zasadę przyjmuję w dyskusjach dotyczących moralności chrześcijańskiej. To prawda, że chrześcijaństwo stawia przed nami trudne do spełnienia wymagania, ale z drugiej strony jego głównym orędziem jest łaska, którą obdarza nas Bóg, byśmy mogli je spełnić, oraz przebaczenie, które nam oferuje, jeśli się to nam nie udaje. Choć ważna jest umiejętność uzasadnienia zasad moralnych panujących na przykład w chrześcijańskiej etyce małżeńskiej, to nie wolno nam tracić sprzed oczu tego, co jest istotą chrześcijańskiej moralności – łaski Jezusa Chrystusa.

W tym wszystkim, co powiedziałem wcześniej, przyjąłem jedno ważne założenie – naszemu rozmówcy chodzi o prawdę, względnie o dowiedzenie się, dlaczego wierzymy oraz jaki jest nasz punkt widzenia, a nie o poniżenie nas czy wyśmianie religii. Niestety, dziś można coraz częściej spotkać się z agresywnym ateizmem, którego przedstawiciele nie kryją, że patrzą na wierzących z góry. Siłą rzeczy rozmowa z osobą zamkniętą na jakikolwiek dialog jest niemożliwa. Pamiętajmy, Jezus też nie rozmawiał ze wszystkimi: milczał przed Herodem czy Kajfaszem. Tak samo i my nie musimy z wszystkimi rozmawiać o naszej wierze.

RCG: Jak można wykorzystywać codzienne sytuacje i spotkania do rozmowy o wierze?

MD: Chciałbym wpierw zastrzec, że moja odpowiedź na to pytanie jest subiektywna; wyrasta z moich własnych doświadczeń i intuicji, a w związku z tym nie rości sobie pretensji do bycia panaceum. Wychodzę z założenia, że wiara jest jedną z najbardziej intymnych sfer życia ludzkiego, dlatego należy być bardzo ostrożnym, by rozmawiając o wierze, druga osoba nie odniosła wrażenia, że próbujemy wejść z butami do jej „wewnętrznego sanktuarium”. Pamiętajmy, że ma ona prawo nas do niego nie wpuścić! Nasze intencje mogą być czyste, na przykład naszym pragnieniem może być wyłącznie złożenie świadectwa naszej wiary, ale rozmówca może tę samą sytuację odbierać jako nagabywanie.

Z drugiej strony każdy wierzący jest powołany do bycia apostołem. Wydaje mi się, że w związku z tym istotne jest dzisiaj, by chrześcijanie potrafili nawiązywać liczne, głębokie i trwałe więzi międzyosobowe. Środowisko przyjaźni jest odpowiednim miejscem, w którym można poważnie rozmawiać na istotne tematy. W relacjach przyjacielskich zdejmujemy maski i wypowiadamy prawdy z głębi serca. Dla wierzącego jest to dogodna okoliczność, by opowiedzieć, jak przeżywa świat oraz w jaki sposób wiara w Chrystusa jest jego nadzieją i radością, jak dodaje mu sił i nasyca jego życie sensem.

RCG: Których autorów warto czytać, jeśli szuka się argumentów na rzecz wiary chrześcijańskiej? Kogo można zaliczyć do współczesnych największych apologetów, z których pracami warto się zapoznać?

MD: Literatura apologetyczna jest bogata i moja lista nie wymienia wielu wartościowych książek. Jeśli chodzi o pracę, która uzasadnia i przedstawia stanowisko teistyczne, to gorącą polecałbym piękny tekst gdańskiego filozofa, prof. Stanisława Judyckiego, Książeczka o człowieku wierzącym (Dominikańskie Studium Filozofii i Teologii, Kraków 2014). Niezrównany jeśli chodzi o wyjaśnianie trudnych dogmatów chrześcijaństwa jest Joseph Ratzinger, a szczególnie jego Wprowadzenie w chrześcijaństwo (Znak, Kraków 2006). Argumentację na rzecz istnienia Boga klarownie przedstawia profesor Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego, Jacek Wojtysiak, w Sporze o istnienie Boga (W drodze, Poznań 2012). Wiele dyskusji apologetycznych dotyczy skomplikowanej historii Kościoła. Literatura w tej materii jest również bogata. Z ostatnich prac poświęconych temu zagadnieniu polecam książkę Rodneya Starka (co ciekawe, historyka protestanckiego), Nie mów fałszywego świadectwa. Odkłamywanie wieków antykatolickiej narracji (PIW, Warszawa 2018). Najczęstszy argument za ateizmem – argument z istnienia zła – jest obalony w dziele czołowego amerykańskiego filozofa, Petera van Inwagena, Problem zła (Wydawnictwo Uniwersytetu Kazimierza Wielkiego, Bydgoszcz 2014), natomiast zwięzłe podsumowanie debaty o relacji między teologią a naukami przyrodniczymi oraz polemikę z nowym ateizmem znajdziemy w książce matematyka z Oxfordu, Johna C. Lennoxa, Czy nauka pogrzebała Boga? Zderzenie światopoglądów (W drodze, Poznań 2018). Omówienie większości problemów teologii fundamentalnej znajdziemy w podręczniku, z którego korzysta wielu polskich studentów teologii, autorstwa ks. prof. Henryka Seweryniaka Teologia fundamentalna, tomy 12 (Więź, Warszawa 2010).

RCG: Co jest intelektualnie najtrudniejszym problemem w chrześcijaństwie? Wykazanie sensowności przekonania, że świat został stworzony? Albo problem relacji duszy i ciała? A może jednak pytanie: skąd zło? Czy są to problemy, wobec których rozum jest bezradny?

MD: Problem zła jest bez wątpienia jednym z największych wyzwań dla wiary w Boga. Choć teologia chrześcijańska wypracowała racjonalnie satysfakcjonujące odpowiedzi na pytanie o powody dopuszczania zła przez miłosiernego Boga, to jednak w zderzeniu z realną tragedią życiową często wydają się one domkami z kart. W cierpieniu trudno zaufać w istnienie doskonale współczującego Ojca. Ciężko uwierzyć, że jest On Panem historii, gdy dowiadujemy się o dziejowych aberracjach ludzkości. Wydaje mi się jednak, że problem zła ma bardziej charakter egzystencjalny niż teoretyczny.

 

Niestety, dziś można coraz częściej spotkać się z agresywnym ateizmem, którego przedstawiciele nie kryją, że patrzą na wierzących z góry. Siłą rzeczy rozmowa z osobą zamkniętą na jakikolwiek dialog jest niemożliwa. Pamiętajmy, Jezus też nie rozmawiał ze wszystkimi: milczał przed Herodem czy Kajfaszem. Tak samo i my nie musimy z wszystkimi rozmawiać o naszej wierze.

 

Intelektualnie dziś jako chrześcijanie zaczynamy mierzyć się z kwestią nieśmiertelności duszy. Pytanie brzmi: w jakim sensie człowiek jest bytem duchowym i jakie są racjonalne podstawy jego nadziei na przetrwanie śmierci biologicznej? Problem rysuje się ostro z dwóch powodów: po pierwsze zaczęliśmy za Kartezjuszem utożsamiać życie wewnętrzne i duchowe ze strumieniem świadomości, a po drugie neuronauki coraz wyraźniej zaczęły ukazywać zależność świadomości od funkcjonowania mózgu. Zdaniem kognitywistów (mocno sprawę upraszczając), tak jak nie można wyobrazić sobie oddychania bez płuc czy krążenia krwi bez serca, tak nie można pojąć istnienia świadomości bez mózgu. Śmierć mózgu oznacza koniec życia świadomego. Wielu popularyzatorów nauk o mózgu, takich jak Francis Crick czy Thomas Metzinger, z powodu analogicznych rozumowań wieszczy rychły koniec wiary w nieśmiertelność ludzkiej duszy.

Wiadomo, gdzie tkwi błąd tego stanowiska: jest nim kartezjańskie utożsamienie duszy ze świadomością. Kościół nigdy tego błędu nie popełnił, używając w swym oficjalnym nauczaniu formuły, którą zapożyczył od świętego Tomasza z Akwinu i Arystotelesa, a mianowicie, że dusza jest formą ciała. Łatwo oczywiście tę definicję wyrecytować, trudniej wypowiedzieć w języku zrozumiałym dla przeciętnego współczesnego wierzącego. To zadanie wydaje mi się jednym z pilniejszych zadań współczesnej filozofii chrześcijańskiej i apologetyki.

RCG: Co jest największym intelektualnym problemem ateizmu? Czy wiąże się on w ogóle z trudnościami tego typu?

MD: Gdybym był ateistą, spokoju nie dawałyby mi dwie kwestie: jedna natury teoretycznej, druga egzystencjalnej. Intelektualnie byłbym zmuszony do poglądu, wedle którego Wszechświat pojawił się bez żadnej przyczyny. Ponieważ z reguły ateizm jest prezentowany jako stanowisko rozumowe, według którego nic w świecie nie zjawia się w sposób magiczny, stwierdzenie, że Wszechświat istnieje bez żadnej przyczyny, stanowi potężny wyłom w fundamentach tego światopoglądu. Wiem, że niektórzy ateiści próbują odpowiedzieć na to wyzwanie, powołując się na możliwość próżni kwantowej, ale nie jest to faktyczne rozwiązanie problemu, lecz jego przesunięcie, a powiedziałbym, że nawet zagmatwanie. Okazuje się bowiem, że ateista, odpowiadając na pytanie o przyczynę istnienia Wszechświata, postuluje istnienie uprzednich wobec niego praw przyrody, jak na przykład praw mechaniki kwantowej. Czym jednak są prawa przyrody? Mówiąc ogólnie, to regularności, które obserwujemy w świecie zjawisk empirycznych. Zatem ateista odwołujący się do hipotezy próżni kwantowej postuluje istnienie regularności przyrodniczych bez przyrody! Stanowisko to trudno nazwać racjonalnym.

Jednak jeszcze większym problemem ateizmu jest nihilizm jako jego praktyczna konsekwencja. Z punktu widzenia ateizmu, wszystko, co ludzie cenią w swoim życiu, jest iluzją, niezależnie od tego, czy mówimy tu o wartościach wyższych, takich jak miłość, dobro, prawda i piękno, czy też niższych, jak pieniądze i władza. Thomas Metzinger posuwa się nawet do twierdzenia, że my sami, z naszym poczuciem autonomii, wolnej woli i jaźni, jesteśmy złudzeniem i padamy ofiarą naszych mózgów. Wszystko, co rzekomo nadaje naszemu życiu sens, to fatamorgana; zręczna sztuczka genów (jak twierdzi Richard Dawkins) czy też woli (jak mówił żyjący przed powstaniem genetyki Arthur Schopenhauer), która w ten sposób zmusza ludzi do rozmnażania. Po co zaś geny czy wola zmuszają ludzi do przekazywania życia? Po nic. Dawkins i Schopenhauer są w tym punkcie znów zgodni: jesteśmy marionetkami bezosobowych sił, które o nas nie dbają i nie dążą do żadnych konkretnych celów. Gnają przed siebie, bo taka jest ich natura. Ateizm przemyślany do końca jest wyjątkowo depresyjnym i pesymistycznym stanowiskiem, zgodnie z którym żaden ludzki czyn czy jakiekolwiek przedsięwzięcie, żadne starania o dobro i prawdę nie mają właściwie znaczenia. Wychowanie dzieci, praca naukowa, pomoc chorym i ubogim, a nawet zbieractwo hedonistycznych przyjemności ‒ nic z powyższej listy nie daje nam powodu do tego, by żyć.

RCG: Nauka jest dziś uznawana za wzorzec racjonalności? Czy treści wiary chrześcijańskiej nie są sprzeczne z tym, co współczesna nauka mówi o świecie?

MD: Chrześcijanie, a szczególnie katolicy, podkreślają, że nie ma i nie może być żadnych sprzeczności między Objawieniem a teoriami formułowanymi przez nauki przyrodnicze, ponieważ źródłem obu jest jeden i ten sam prawdomówny Bóg. Współcześni ateiści widzą ten problem inaczej, ale wydaje się, że ich stanowisko w tym aspekcie nie jest motywowane racjonalnie. Chodzi raczej o doprowadzenie współczesnego człowieka do przekonania, że musi wybierać między nauką a teologią. Ateiści żywią nadzieję, że na skutek przeświadczenia o niemożliwości pogodzenia wiary i rozumu oraz dzięki ogromnemu prestiżowi, którym cieszą się dzisiaj odkrycia naukowe, religia zostanie złożona w ofierze na ołtarzu nauki. Spór ten jest obecnie najlepiej widoczny w debacie nad interpretacją teorii ewolucji. Richard Dawkins, czołowy przedstawiciel ateizmu, twierdzi, że już w pojęciu ewolucji zawarta jest bezcelowość procesu pojawiania się nowych gatunków na kuli ziemskiej. Jeśli nikt nie kierowałby ewolucją, przeczyłoby to na przykład chrześcijańskiemu przekonaniu o stworzeniu człowieka przez Boga. Stąd Dawkins dochodzi do wniosku, że nie można naraz akceptować teorii ewolucji i być chrześcijaninem. Nasz punkt widzenia jest odmienny. Autorzy tacy jak Ernan McMullin oraz Francisco Ayala podkreślają, że czym innym jest odkrycie mechanizmów przyrody, które skutkują obserwowaną dziś różnorodnością gatunków, a czym innym filozoficzna lub teologiczna refleksja na temat celu ewolucji i jej przyczyn sprawczych. Teza Dawkinsa o tym, że nikt nie steruje ewolucją, jest filozoficzno-teologiczna, a w związku z tym prezentowanie jej jako naukowego dowodu na sprzeczność nauki i teologii wygląda na nadużycie.

RCG: Jak apologeta chrześcijański może odpowiedzieć na problem istnienia wielu religii. Powinien podkreślać ich różnorodność i odmienność względem chrześcijaństwa, czy raczej akcentować to, co wspólne?

MD: Żyjemy w społeczeństwach coraz bardziej zróżnicowanych pod względem kulturowym, stąd warto podkreślać to, co wspólne chrześcijaństwu i innym religiom. Pokojowe współegzystowanie wymaga umiejętności patrzenia na drugiego jako na bliźniego, a do tego konieczny jest szacunek do obcych tradycji religijnych. Swoją drogą papież Benedykt XVI podkreślał, że największym zagrożeniem współczesności jest relatywizm, a więc pogląd, zgodnie z którym różne światopoglądy i religie, często wzajem się wykluczające, są równie prawdziwe. Według relatywizmu, każda religia na swój sposób opowiada o rzeczywistości transcendentnej, ale żadna nie czyni tego lepiej od innych. Taka wizja prowadzi do zamętu duchowego, w którym często świat religii traktuje się jak szwedzki stół, z którego dana osoba wybiera sobie elementy jej pasujące i tworzy własną mozaikę wierzeń. Dlatego wydaje mi się, że dziś większą potrzebą jest podkreślanie odrębności i wyjątkowości chrześcijańskiej drogi do zbawienia. Musimy przypominać, że istotnym elementem naszej doktryny jest przekonanie, że poza Chrystusem „nie dano ludziom pod niebem żadnego innego imienia, przez które moglibyśmy być zbawieni” (Dz 4,12).

Często zadaje się w związku z tym pytanie: dlaczego, skoro Bóg oferuje zbawienie tylko w Chrystusie, istnieje tyle religii? Czy Jezus nie mógł objawić się tak, aby wszyscy zgromadzili się w jednym Kościele? Nie ma tu miejsca na wskazanie wszystkich możliwych odpowiedzi na powyższe pytania, więc podam jedną, która przynajmniej dla mnie jest przekonująca. Z chrześcijańskiego punktu widzenia Bóg w sprawach, które dotyczą nas bezpośrednio, nie działa za naszymi plecami. Nawet dzieło odkupienia dokonało się przy udziale ludzkiej natury Jezusa Chrystusa. Podobnie jest z misją głoszenia Ewangelii całemu światu. To prawda, że Bóg mógłby samodzielnie przekonać wszystkich do wiary w swego Syna, ale najwyraźniej chce, byśmy mieli do odegrania istotną rolę w historii zbawienia: „Idźcie na cały świat i głoście Ewangelię wszelkiemu stworzeniu!” (Mk 16,15). Przekazując zadanie misyjne niedoskonałym ludziom, ryzykuje, że nie wszyscy będą chrześcijanami (co oczywiście nie wyklucza ich udziału w gronie zbawionych). Z drugiej jednak strony składając w nasze ręce skarb wiary i czyniąc nas swoimi współpracownikami w dziele jej rozprzestrzeniania, dowartościowuje naszą rolę w Królestwie Niebieskim i tworzy wspólnotę wiary, w której „jedni noszą brzemiona drugich” (por. Ga 6,2). Pluralizm religijny w tej perspektywie jest skutkiem ubocznym pragnienia Boga, by Jego uczniowie wychodzili ze skorupy indywidualizmu i tworzyli wspólnotę, która realizuje istotne zadania z punktu widzenia zbawienia ludzkości.

 

RCG: Dziękujęmy za wypowiedź.

Marek Dobrzeniecki