Problem zła

Marek Dobrzeniecki

Nie można okazać większego lekceważenia zła niż przez udawanie, że zna się odpowiedź na każde pytanie jego dotyczące. Chrześcijaństwo tego błędu nie popełnia.

Zagrożenie dla wiary w Boga

Doświadczenie zła jest największym wyzwaniem chrześcijaństwa ‒ zarówno intelektualnym, jak i egzystencjalnym. Aby sobie to uświadomić, wystarczy pomyśleć o wiadomościach z zeszłego tygodnia: ile pojawiło się w nich informacji o śmierci, chorobach, wypadkach, kataklizmach, niesprawiedliwości, biedzie, głodzie czy też zwyczajnej ludzkiej złośliwości? A przecież to tylko skromny wycinek historii ludzkości, w której nieraz mieliśmy do czynienia z prawdziwymi eksplozjami przemocy i okrucieństwa. Przykłady z wcale nie tak zamierzchłej przeszłości wciąż wywołują w nas niepokój i lęk o przyszłość. Wystarczy wymienić ludobójstwo Ormian, Wielki Głód na Ukrainie i Auschwitz, by udowodnić, że nawet najnowsza historia naznaczona jest niezmierzonym cierpieniem milionów ofiar.

 

W antyku jako pierwszy problem zła sformułował Epikur (341‒270 przed Chr.). Wyrażał go następująco: dlaczego Bóg, skoro jest dobry i wszechmocny, dopuszcza do pojawienia się w świecie zła i cierpienia? Kontynuował swą refleksję, rozważając alternatywę: albo Bóg mógłby je wyeliminować, ale nie chce, co znaczyłoby, że nie jest aż tak litościwy, jak się nam wydaje, albo chce je wyeliminować, ale nie jest w stanie, co z kolei podawałoby w wątpliwość Jego moc.

 

Tymczasem chrześcijanie są przekonani, że Panem czasu i historii jest miłosierny i wszechmocny Bóg. Czy nie tkwi w tym sprzeczność? Pismo Święte wyraźnie przecież stwierdza, że nic, co nieświęte, nie może mieć styczności z Bogiem. Gdy Pan objawił się w ognistym krzewie, zawołał do zaciekawionego Mojżesza: „Nie podchodź tu! Zdejmij sandały z nóg, gdyż miejsce, na którym stoisz jest ziemią świętą” (Wj 3,5). Dlaczego więc Opatrzność podtrzymuje w istnieniu wszystko to, czego doświadczamy w życiu jako plugawe, zadające ból, niesprawiedliwe, grzeszne, sprzeciwiające się Bogu? Dlaczego nie pospieszy On z pomocą niewinnym ofiarom okrucieństwa i barbarzyństwa? Czemu nie postawi tamy spirali przemocy?

Cofnijmy się do starożytności

Powyższe pytania znane są ludzkiej refleksji pod nazwą problemu zła. W antyku jako pierwszy problem zła sformułował Epikur (341‒270 przed Chr.). Wyrażał go następująco: dlaczego Bóg, skoro jest dobry i wszechmocny, dopuszcza do pojawienia się w świecie zła i cierpienia? Kontynuował swą refleksję, rozważając alternatywę: albo Bóg mógłby je wyeliminować, ale nie chce, co znaczyłoby, że nie jest aż tak litościwy, jak się nam wydaje, albo chce je wyeliminować, ale nie jest w stanie, co z kolei podawałoby w wątpliwość Jego moc. W przeciwieństwie do naszych czasów mało kto w starożytności z problemu zła wnioskował o nieistnieniu Boga. Najwybitniejszy myśliciel grecki, Platon (ok. 423‒347 przed Chr.), zauważał, że Bóg (określał go jako Demiurga) miał dobre intencje, ale materiał, z którego lepił świat, był marnej jakości. Tworzył go bowiem z materii i to ona odpowiada za wszystkie defekty rzeczywistości. Zauważmy jednak, że tym samym nie można powiedzieć o Demiurgu, że jest wszechmocny. Nie przypomina on Boga chrześcijańskiego, gdyż nie potrafił stworzyć świata z niczego. Platońskie rozwiązanie problemu zła jest więc nieprzydatne dla chrześcijan. Podobnie zresztą należy osądzić odpowiedź Epikura. W jego ocenie bogowie nie interesują się ludźmi i stąd brak ich interwencji w wydarzenia naszego świata. Są oni doskonale obojętni na nasze czyny: z ich perspektywy nakarmienie głodnego i zdrada małżeńska niczym specjalnym się nie różnią. Ból i radość; cierpienie i przyjemność to z ich punktu widzenia podobne stany rzeczy. Taki stosunek do ludzi można nazwać w najlepszym razie chłodną obojętnością. W wizji Epikura bogom brakuje współczucia, a więc nie można byłoby ich nazwać miłosiernymi.

 

Chrześcijanie nigdy nie pytali, dlaczego Bóg chce zła, lecz dlaczego zło dopuszcza. Bóg jako święty i doskonale dobry nigdy nie może być aktywnym źródłem cierpienia.

Czy mam prawo stawiać Bogu pytania?

Tymczasem chrześcijaństwo wierzy w Boga zarówno wszechmocnego, jak i miłującego. Musi w związku z tym szukać innych odpowiedzi, szczególnie że współcześnie wielu ludzi w obliczu niezasłużonego cierpienia świadomie bądź nie powtarza myśl Stendhala: Boga usprawiedliwia tylko to, że nie istnieje. Warto podkreślić, że problem zła nie jest tylko intelektualną zagadką, na którą wierzący odpowiada, by udowodnić, że ateista zbyt pochopnie wyciąga wniosek o nieistnieniu Boga z faktu istnienia zła. Jeśli centralnym wydarzeniem chrześcijaństwa jest śmierć Jezusa na krzyżu, to trzeba pamiętać, że właśnie z Golgoty wydobył się okrzyk niesprawiedliwie udręczonego Zbawiciela: „Boże mój, Boże mój, czemuś Mnie opuścił?” (Mt 27,46). Pytanie, dlaczego Bóg dopuścił w moim życiu do nieszczęścia, jest istotnym elementem relacji wierzącego do swego Stwórcy. Nie świadczy ono bynajmniej o słabości wiary tego, kto je zadaje, lecz o jej poważnym potraktowaniu.

Stąd wielu świętych, teologów i mistrzów życia duchowego ośmielało się zwracać do Stworzyciela właśnie z tym pytaniem: „Dlaczego zło?”. Przyjrzyjmy się owocom ich refleksji. Na początku warto zauważyć subtelną, aczkolwiek istotną różnicę pojęciową. Chrześcijanie nigdy nie pytali, dlaczego Bóg chce zła, lecz dlaczego zło dopuszcza. Bóg jako święty i doskonale dobry nigdy nie może być aktywnym źródłem cierpienia. Nigdy Jego intencją nie jest zadanie bólu i wywołanie łez. Dla wierzących jest oczywiste, że je co najwyżej i do czasu toleruje. Mówił o tym Jezus w Kazaniu na Górze: „On sprawia, że słońce wschodzi dla złych i dobrych i zsyła deszcz dla sprawiedliwych i niesprawiedliwych” (Mt 5,45). Bóg wykorzystuje dla swoich błogosławionych celów cierpienie, które pojawiło się bez Jego zgody albo jest skutkiem ubocznym Jego darów. Nie chcę przez to rozróżnienie pomniejszyć powagi problemu zła. Ofiara cierpienia może się zgodzić, że ‒ mówiąc przenośnie ‒ ciosu, który ją znokautował, nie zadał Bóg, ale przecież jest ona także świadoma, że On widzi wszystko i wszystko wie. To zaś budzi podejrzenie, że gdy ofierze był zadawany ból, Bóg biernie się przypatrywał. Mógł zainterweniować i zastopować zło, lecz postanowił nie działać. Ofiara przemocy ma więc prawo zadać pytanie o Boską motywację w dopuszczeniu do sytuacji, która ją spotkała.

Zła nie ma. Ale czy nie ma problemu?

Jedna z najprostszych obserwacji dotyczących zła wskazuje na skutki jego działania: zło powoduje choroby, śmierć i nieszczęścia. Choroba zaś jest brakiem zdrowia, śmierć brakiem życia, a nieszczęście jest niedostatkiem szczęścia i tak dalej. Stąd prosta droga do wniosku, że zło jest w gruncie rzeczy brakiem; a konkretnie rzecz ujmując: brakiem dobra. Jako takie nie istnieje. Jeśli zło jest pasożytem bytu, to pytanie o jego przyczynę traciłoby sens. Nie można bowiem oskarżać Boga o dopuszczenie do pojawienia się w naszym świecie czegoś, czego nie ma. Zło w tej wizji jest tłem, na którym można poznać i docenić dobro. Tak jak wracający do zdrowia zaczyna je szanować właśnie dlatego, że je utracił, tak Bóg dopuszcza zło, by ludzie mogli Go docenić jako źródło najwyższego dobra i zapragnęli z Nim zjednoczenia.

 

Zauważmy, że jeśli tylko wola może być dobra lub zła, to znaczy, że cierpienie jako jeden ze stanów naszej świadomości nie jest samo w sobie ani dobre, ani złe. Wszystko zależy od użytku, jaki się z niego uczyni. Wizyta u dentysty może spowodować wiele fizycznego cierpienia, ale przecież nikt rozsądny z tego powodu nie kwestionowałby istnienia Boga.

 

Z drugiej strony odpowiedź ta jest wysoce niesatysfakcjonująca. Jeśli zło jest nicością, to skąd bierze się jego destrukcyjny wpływ na życie ludzkie? Jeśli coś nie istnieje, nie może działać, tak jak obecny monarcha francuski nie ma żadnego wpływu na współczesną politykę zagraniczną Francji. Nie ma na nią wpływu, gdyż nie istnieje ktoś taki, jak obecny król Francji. Tymczasem w przeciwieństwie do niego aż za dobrze znamy niszczycielskie skutki działania zła. Owszem, jego obecność w naszym życiu wiąże się z defektami stworzenia i jego zepsuciem, ale byłoby dalekim uproszczeniem powiedzieć, że w związku z tym ono nie istnieje.

Wizyta u dentysty a dowód na nieistnienie Boga

Potrzebujemy zatem istotnego dopowiedzenia, które często jest wyrażane w ten oto sposób, że choć żadna rzecz nie jest zła sama w sobie, to złe mogą być wola czy też chcenie istot wolnych. Nie możemy wskazać palcem na jakikolwiek przedmiot lub którąkolwiek osobę w świecie i powiedzieć, że jest on lub ona czystym złem albo uosobionym złem czy też złem samym w sobie. Wszystko, co istnieje, właśnie dlatego, że istnieje i jest utrzymywane w istnieniu przez Boga, jest dobre. Zły może być co najwyżej nasz stosunek do innych osób i ich traktowanie. Złe może być nasze użycie rzeczy i przedmiotów. Nóż sam w sobie nie jest ani zły, ani dobry; jest tym, czym jest, czyli narzędziem, dzięki któremu mogę osiągnąć pewne cele. Nożem mogę pokroić pomidora do sałatki, ale mogę nim również zranić drugiego człowieka. Kwalifikacja moralna pojawia się wyłącznie wówczas, gdy z noża zrobię dobry bądź zły użytek.

Zauważmy, że jeśli tylko wola może być dobra lub zła, to znaczy, że cierpienie jako jeden ze stanów naszej świadomości nie jest samo w sobie ani dobre, ani złe. Wszystko zależy od użytku, jaki się z niego uczyni. Wizyta u dentysty może spowodować wiele fizycznego cierpienia, ale przecież nikt rozsądny z tego powodu nie kwestionowałby istnienia Boga. To dlatego wielu świętych i mistyków chrześcijańskich uważało grzech za jedyne zło, które tak naprawdę szkodzi człowiekowi. Mieli oni mocne przekonanie, że to, co niszczy duszę, jest dużo bardziej destrukcyjne niż cierpienia ciała. Wyraża to historia świętego Jana Chryzostoma, który w IV wieku naraził się cesarzowi bizantyjskiemu krytyką postępowania jego żony. Kiedy dwór imperatora zebrał się, by przedyskutować, w jaki sposób ukarać Jana, rozważano różne opcje, ale żadna z nich nie była zadowalająca. Nie można było bowiem wtrącić Chryzostoma do więzienia, gdyż zapewne modliłby się tam i cierpiał dla Chrystusa, a tego zawsze pragnął. Nie można było go skazać na banicję, gdyż wszędzie czuł się on jak u siebie w domu, a to dlatego, że wszędzie był z nim Pan. Kara śmierci byłaby dla niego radością, gdyż oznaczałaby śmierć męczeńską i pewne spotkanie ze Zbawicielem. Tylko jednej rzeczy Chryzostom się obawiał i tylko ona byłaby dla niego prawdziwą karą: to grzech, ale jak doszła do wniosku rada cesarza, niemożliwością jest zmusić Jana do popełnienia grzechu. W świetle tej historii chrześcijanin może dojść do wniosku, że Bóg nigdy nie wprowadza do jego życia zła; że jedynym ewentualnym źródłem zła mogą być jego własne decyzje.

Świat bez cierpienia to koszmar

Jeśli stwierdzimy, że cierpienie jest moralnie neutralne, to zauważymy także, że może ono służyć uformowaniu się w nas wielu cennych cech, których nigdy byśmy w sobie nie rozwinęli, gdybyśmy żyli w świecie pozbawionym jakichkolwiek trosk i zmartwień. Dla przykładu, nie można myśleć o sobie jako o człowieku mężnym, jeśli nigdy nie zostało się przetestowanym przez życiowe trudności. Podobnie z nieszczęściami, które nawiedzają nasze wspólnoty: choć powodują ból, zazwyczaj wyzwalają w nas pokłady współczucia i solidarności, o które nigdy byśmy siebie wcześniej nie podejrzewali. Zwróćmy uwagę, że w świecie, w którym nie byłoby żadnego smutku, niemożliwe byłoby pocieszenie, a gdybyśmy nigdy nie doświadczyli żadnej straty, niemożliwa byłaby z naszej strony najwyższa forma miłości, jaką jest ofiarne poświęcenie dla dobra bliźniego i tak dalej. Innymi słowy, można podejrzewać, że rzeczywistość bez jakiegokolwiek cierpienia nie byłaby wcale lepsza od naszej. Byłby to prawdopodobnie świat, w którym nie zaistniałyby cnoty, więzy rodzinne i społeczne, przyjaźń, hart ducha czy silna wola. Cierpienie ma według tego poglądu funkcję wychowawczą. Boga, zgodnie z tym spojrzeniem, można porównać do trenera, który zadaje swoim zawodnikom ciężkie i mozolne ćwiczenia, ale nie dlatego, że męczenie słabszych od siebie sprawia Mu przyjemność, lecz po to, by osiągnęli sukces na zawodach. Trud życia nie byłby więc oznaką obojętności Boga, lecz Jego miłości. Potwierdzenie dla tej odpowiedzi na problem zła odnaleźć można w Apokalipsie św. Jana: „Ja tych, których kocham, upominam i karcę” (Ap 3,19). Jeśli więc słyszymy pytanie, dlaczego Bóg dopuszcza w naszym świecie istnienie cierpienia, to możemy odpowiedzieć, że dzięki temu osiąga wyższe i cenniejsze dobra duchowe niż proste samozadowolenie i dobrostan życiowy jednostki. Najcenniejszym dobrem, które Bóg osiągnął poprzez cierpienie, jest zbawienie rodzaju ludzkiego. Męka i śmierć Jezusa Chrystusa wysłużyły nam odkupienie grzechów i dały szansę na osiągnięcie życia wiecznego. Kościół zawsze odnosił słowa z Pieśni Sługi Jahwe do Jezusa Chrystusa: „Dla naszego zbawienia znosił karcenie. Przez jego rany zostaliśmy uzdrowieni” (Iz 53,5). Krzyż to najpoważniejsza wskazówka, że również cierpienie może mieć swoje miejsce w Bożych planach i nie należy go z góry odrzucać jako czegoś pozbawionego racji bytu.

Egzamin maturalny z wiary

Księga Hioba jest tym tekstem Starego Testamentu, który został niemal w całości poświęcony pytaniu o przyczynę cierpienia niewinnego. Do dziś wielu wierzących w nieszczęściach, które ich nawiedzają, ma ochotę doszukiwać się kary za jakieś czyny z przeszłości (ich lub nawet ich przodków). Teoria, wedle której zło i cierpienie są karą za grzech, wyobraża sobie Boga jako mściwego i jako taka została wprost odrzucona przez Jezusa: „‘Rabbi, kto popełnił grzech, że człowiek ten urodził się niewidomy: on sam czy jego rodzice?’. Jezus im odpowiedział: ‘Ani on nie zgrzeszył, ani jego rodzice’” (J 9,2‒3). Świadomość tego, że rewanż za grzech nie może być charakterystyką Boskiej miłości, rodziła się jednak już w Starym Testamencie. Stąd autorzy biblijni przedstawili krystalicznie czystą postać bogobojnego Hioba, którego nie można było oskarżyć o jakąkolwiek niewierność względem Boga, a którego mimo to spotkało nieszczęście utraty bliskich, majątku, zdrowia i przyjaciół. Cierpienie, które dopuścił na niego Pan, zostało przedstawione w Biblii jako próba wiary. Szatan powątpiewał, czy wiara Hioba wynikała z jego miłości do Boga czy też była raczej skutkiem Bożych darów i błogosławieństwa: „Wyciągnij tylko rękę i dotknij wszystkiego, co posiada. Na pewno będzie ci w twarz złorzeczył” (Hi 1,11). W Nowym Testamencie myśl z Księgi Hioba o cierpieniu jako próbie wiary powtórzył święty Jakub Apostoł: „Za pełną radość poczytujcie to sobie, bracia moi, ilekroć spadają na was różne doświadczenia. Wiedzcie, że to, co wystawia waszą wiarę na próbę, rodzi wytrwałość” (Jk 1,2‒3). Cierpienie w tym świetle okazuje się najlepszym sposobem sprawdzenia serca człowieka: czy lgnie ono do Stwórcy wyłącznie ze względu na dobrodziejstwa, których może się od Niego spodziewać, czy też nawet bieda i nieszczęście nie będą w stanie zerwać jego więzi z Bogiem? Prawdziwie bezinteresowna relacja miłości wymaga trwania przy miłowanej osobie na dobre i na złe: „Jeśli przyjmowaliśmy od Boga dobro, dlaczego nie mielibyśmy przyjąć zła?” (Hi 2,10). Jeśli ktoś przy pierwszym nieszczęściu zacząłby rzucać oskarżenia przeciw Bogu, to znaczy, że nie był z Nim w relacji przyjaźni. Cierpienie daje więc takiej osobie szansę na nawrócenie. Zgodnie z tą logiką, Bóg dopuścił, by szatan zesłał na Hioba kolejne nieszczęścia: spalił mu jego bogactwa, zniszczył trzody, zabrał do siebie jego dzieci, dotknął trądem. Hiobowi złorzeczyła jego żona, przyjaciele oskarżyli go o bunt przeciw Bogu i podejrzewali ukryte grzeszki w jego życiorysie. Pismo Święte ukazuje Hioba, który nie rozumie swej sytuacji i wypowiada dramatyczne skargi pod adresem Stwórcy: „Czy już nie przestaniesz mnie śledzić? Czy nie dasz mi ulgi, bym choć ślinę przełknął?” (Hi 7,19), lecz pod koniec księgi Bóg przedstawia się jako Opatrzność mądrze kierująca losami Ziemi i Hiob dzięki temu poznaje, że nawet w najgorszych ciemnościach Bóg był z nim. W kulminacyjnym momencie historii stwierdza: „Znałem Cię dotąd jedynie ze słyszenia, teraz zobaczyłem Cię na własne oczy” (Hi 42,5). Zatem cierpienia posłużyły Bogu jako niezbędne narzędzie ku temu, by Hiob przestał być tylko wierzącym posłusznie wykonującym polecenia Pańskie, lecz nawiązał z Nim bliską znajomość. Istnieją dobra wyższe niż dobrostan materialny i zdrowie ciała, takie jak osobowa więź z Bogiem i silna wiara pokładająca ufność w Opatrzności nawet w najtrudniejszych momentach. Nauka, która płynie z Pisma Świętego, jest jasna: Bóg czasem dla wydobycia wyżej wymienionych dóbr duchowych dopuszcza w naszym życiu nieszczęścia i cierpienia.

 

Boga można porównać do trenera, który zadaje swoim zawodnikom ciężkie i mozolne ćwiczenia, ale nie dlatego, że męczenie słabszych od siebie sprawia Mu przyjemność, lecz po to, by osiągnęli sukces na zawodach. Trud życia nie byłby więc oznaką obojętności Boga, lecz Jego miłości.

Obrona wolnej woli: wszystkiemu winna jest wolność

Powtórzę, że dla chrześcijanina żadna rzecz nie jest zła sama w sobie, gdyż utrzymuje ją w istnieniu doskonale dobry Bóg. To zła wola wprowadza do rzeczywistości pierwiastki zła. Jak pisał święty Paweł: „Przez jednego człowieka przyszedł na świat grzech, a przez grzech śmierć” (Rz 5,12). Nie można w związku z tym obarczać odpowiedzialnością za cierpienie i zło Boga. To wybór człowieka przynosi utrapienie i dotyka bólem niewinnych. Chrystus niesprawiedliwie cierpiał, ponieważ zdradził go Judasz, nie poznali się na nim Kajfasz i Wysoka Rada, apostołowie Go opuścili, Piłat stchórzył przed perspektywą podpadnięcia cezarowi. Bili Go słudzy Sanhedrynu, pastwili się nad Nim rzymscy żołnierze, kpiły z Niego tłumy, motłoch żądał wyroku śmierci. Na każdym etapie męki Jezusa spotykamy się ze złą, czy wręcz radykalnie zezłośliwioną wolą niektórych ludzi. Nie wolno obwiniać Boga za wolne decyzje ludzi. Nie powinniśmy też oczekiwać, że za każdym razem Bóg będzie podstawiał nam puchową poduszkę, abyśmy się nie potłukli przy kolejnym upadku.

Święty Augustyn w najbardziej znanym dziele chrześcijańskim poświęconym problemowi zła, to jest w De libero arbitrio („O wolnej woli”), twierdził, że Bóg mógłby wyeliminować zło w świecie, ale nie chce tego czynić ze względu na naszą wolność. Wolność polega na możliwości wyboru między dobrem a złem. Jeśli człowiek ma się cieszyć prawdziwą wolnością, to powinien móc wybrać także i zło. Wolność ludzka nie jest doskonała – doskonałe atrybuty posiada tylko Bóg, zatem wolność anielska i ludzka jako podrzędna względem Boskiej polega między innymi na możliwości wyboru zła. W tym sensie również Jezus z Nazaretu w swej ludzkiej naturze miał taką możliwość. Mógł w Ogrójcu zdecydować inaczej i nie wypić Kielicha przygotowanego Mu przez Ojca. Maryja także mogła odpowiedzieć odmownie na Zwiastowanie Archanioła Gabriela. Fakt, że Jezus i Maryja nigdy nie zgrzeszyli, nie zmienia faktu, że mieli taką możliwość. Nie powinno to nas szokować ani nie powinniśmy widzieć w powyższym twierdzeniu bluźnierstwa. Wręcz odwrotnie, właśnie dlatego, że Jezus mógł postąpić inaczej, Jego posłuszeństwo aż do śmierci, jak czytamy w Liście do Filipian, wysłużyło nam zbawienie, a dla Chrystusa jest powodem chwały i wywyższenia (por. Flp 2,8‒9).

Obrona wiary odwołująca się do wolnej woli zakłada, że istnieją wolne działania człowieka, a więc takie, w których nikt, łącznie z Bogiem, nie ogranicza naszych działań i dlatego jesteśmy w pełni za nie odpowiedzialni. Szczególnie wtedy, gdy w ich efekcie krzywdzimy innych i przyczyniamy się do niedoli istot czujących. Zatem, jeśli Bóg chce uczynić świat, w którym będą mieszkać istoty wolne, ryzykuje pojawienie się w nim zła. Niektórzy oburzają się, słysząc podobne usprawiedliwienia Boga. Patrząc na dzieci ginące z głodu na Ukrainie w latach trzydziestych czy też inne ofiary makabrycznych zbrodni, zastanawiają się, czy rzeczywiście Bóg dobrze zrobił, dając wolną wolę Stalinowi i innym potworom w ludzkich skórach. A może każdy z nas jest w głębi duszy takim potworem? Może nikt z nas nie powinien zasłużyć na wolność? Czy warto płacić cenę znoszenia cierpienia w nagrodę za możliwość podjęcia wolnych decyzji?

By odpowiedzieć na to pytanie, załóżmy na moment fikcyjną sytuację wyboru, przed jakim stał Bóg przed stworzeniem świata (jej fikcyjność polega na tym, że Bóg jako doskonały Intelekt nie musi niczego rozważać, analizować argumentów za i przeciw, lecz niejako z góry wie, które rozwiązanie w danej sytuacji jest najlepsze; poza tym czas również należy do stworzenia, więc w sensie dosłownym nie było żadnego momentu przed stworzeniem świata): czy stworzyć świat, w którym nie będzie zła, ale nie będzie też w nim istot wolnych i świadomych, czy też stworzyć świat, w którym będą istniały istoty wolne i świadome, ale jednocześnie właśnie przez ich obecność ryzykuje się w nim pojawienie się zła? W mojej ocenie Augustyn miał rację: z punktu widzenia Boga nie ma sensu tworzyć świata głuchego na dialog ze Stworzycielem. Tylko istoty wolne i świadome są w stanie rozpoznać istnienie Stwórcy oraz chwalić Go i adorować, zatem możemy dostrzec, dlaczego Bóg mógłby chcieć powołać do istnienia świat z takimi istotami. W takim świecie pojawi się najwyższe dobro relacji międzyosobowych, w tym również relacji Bosko-ludzkich, ale skutkiem ubocznym tychże relacji może okazać się zło i wynikające z niego niszczenie dzieła stworzenia. Pokazują to już pierwsze rozdziały Księgi Rodzaju, kiedy to w relację między Adamem i Ewą a Bogiem wkrada się nieufność oraz zazdrość, a w ślad za nimi nieposłuszeństwo, skutkiem czego człowiek został wygnany z Edenu.

O złu globalnie i lokalnie, czyli świat nie jest sprawiedliwy

Podsumowując, Bóg nie stworzył zła i nie może być za nie oskarżany. Za doświadczenie zła odpowiadają wolne wybory istot wolnych i choć Bóg mógłby im wolność odebrać, to nie czyni tego, gdyż w ten sposób leczyłby dżumę cholerą. Świat zapełniony robotami i automatami, a zatem świat bez miłości, przyjaźni czy sztuki, byłby miejscem jeszcze bardziej ponurym niż nasz świat, choć w chwilach depresji i przygnębienia ciężko jest nam sobie wyobrazić, że mogłoby istnieć coś gorszego niż nasz padół łez. Wskazywałem też, że skutki działania zła, a więc cierpienie czy ból, mogą być wykorzystane dla rozwoju cnót moralnych oraz wiary religijnej, zatem same w sobie nie są one czymś złym.

 

Wolność polega na możliwości wyboru między dobrem a złem. Jeśli człowiek ma się cieszyć prawdziwą wolnością, to powinien móc wybrać także i zło. Wolność ludzka nie jest doskonała – doskonałe atrybuty posiada tylko Bóg, zatem wolność anielska i ludzka jako podrzędna względem Boskiej polega między innymi na możliwości wyboru zła.

 

Na koniec odpowiedzi na problem zła zauważmy, że daje ona wyjaśnienie teoretyczne, to znaczy mówi nam, dlaczego zło w ogóle pojawia się w świecie i dlaczego Bóg je toleruje, ale milczy w kwestii poszczególnych przypadków cierpienia. Matka dziecka chorującego na białaczkę chce wiedzieć, dlaczego akurat jej rodzinę dotknęło nieszczęście, i ogólna odpowiedź wskazująca na zło jako skutek uboczny wolności tolerowany ze względu na wyższe dobro relacji Bosko-ludzkich pewnie jej nie zadowoli. W ten sposób ujawnia się granica ludzkiego rozumowania. Możemy zrozumieć, dlaczego erupcje przemocy i okrucieństw w świecie nie są niespójne z istnieniem wszechmocnego i miłosiernego Boga, ale nie znaczy to, że zło przestanie być dla nas tajemnicą. Niektórzy sugerują, że nawet po śmierci, kiedy staniemy przed trybunałem Boga i zapytamy się o powody Jego konkretnych decyzji, nie otrzymamy zadowalającej odpowiedzi na nasze wątpliwości, a to dlatego, że zło jest niezmierzalne. Nie mierzymy go w kilogramach ani w dżulach. Nie ma w związku z tym sensu pytać, dlaczego zła jest mniej lub więcej. Po prostu występuje i jest arbitralne, tak jak arbitralną decyzją naszego społeczeństwa jest to, by za osobę pełnoletnią uznawać kogoś, kto ukończył osiemnasty rok życia czy też by Nowy Rok świętować 1 stycznia. Między urodzinami 31 grudnia a urodzinami 1 stycznia może być raptem dwie godziny różnicy, ale i tak urodzony w sylwestra pójdzie do szkoły cały rok wcześniej. Czy to sprawiedliwe? Nie, ale jest to niesprawiedliwość związana z pewną konieczną arbitralnością ustaleń prawnych dotyczących tego, kiedy rozpoczyna się nowy rok kalendarzowy, kiedy i kogo obejmuje obowiązek szkolny i tak dalej. Jakiekolwiek inne postanowienie w sprawie daty nowego roku nie wyeliminuje podobnych niesprawiedliwości. Jeśli zło jest czymś podobnie arbitralnym, powinniśmy spodziewać się podobnych niesprawiedliwości. Można by je usunąć, wyłącznie usuwając korzeń zła, czyli wolność, ale ‒ jak już wspomniałem ‒ w oczach wierzącego byłaby to najgorsza decyzja z możliwych.

 

Na koniec Hiob

Być może te końcowe uwagi okażą się dla kogoś rozczarowujące, ale na swoją obronę przypomniałbym, że naszym zadaniem było pokazać, dlaczego istnienie zła nie przeczy istnieniu dobrego i wszechmocnego Boga, a nie wyjaśnić każdy przypadek działania zła w świecie. Poza tym dzięki rozróżnieniu na ogólny problem zła oraz problem poszczególnych przypadków zła nie bagatelizujemy ludzkiego cierpienia. Nic tak nie rozdrażniało Hioba, jak mędrkowanie jego znajomych, którym wydawało się, że znają przyczyny jego upadku: „Jak długo jeszcze będziecie dręczyć moją duszę i miażdżyć mnie mowami? Już dziesięć razy mnie znieważyliście, nie wstyd wam znęcać się nade mną?” (Hi 19,2‒3). Nie można okazać większego lekceważenia zła niż przez udawanie, że zna się odpowiedź na każde pytanie jego dotyczące. Chrześcijaństwo tego błędu nie popełnia.

Marek Dobrzeniecki

Informacje dodatkowe:

Tekst powstał w ramach projektu badawczego „Deus absconditus – Deus revelatus. Problem poznawczej niedostępności Boga i jego rozwiązania”, nr 2018/29/B/HS1/00922, finansowanego ze środków Narodowego Centrum Nauki.