Jak dyskutować z ateistą

Jan Lewandowski

Obracając się przez lata w apologetyce teistycznej, zauważyłem, że brak jest opracowania lub chociażby kompendium dotyczącego metodologii dyskutowania z ateistą. O ile wiem, nie powstała też na ten temat żadna książka. Co prawda istnieje moja książka: Jak polemizować z wojującym ateistą (Kraków, 2019), która wydaje się podejmować zagadnienie metodologiczne, niemniej jednak nie jest to standardowy poradnik. Książka ta stanowi przykład dialogu i nie jest usystematyzowanym wykładem. Stąd warto pisać niniejszy tekst, który pomyślany jest jako zbiór podstawowych sugestii metodologicznych i pewien zarys.

Niniejszy tekst dzielę na dwie sekcje. W pierwszej sekcji (punkty I‒VIII) omawiam najważniejsze zagadnienia, które na pewno napotka apologeta teistyczny chcący wejść w spór z ateistą. W sekcji drugiej (punkty 1‒3 i podpunkty a – o) przechodzę natomiast ściśle do samej metodologii sporu z ateistą i pokazuję, na jakie zagadnienia trzeba położyć szczególny nacisk.

Na samym początku chciałbym też stanowczo podkreślić pewną kwestię, w celu uniknięcia ewentualnych nieporozumień. Ateiści z reguły rozumieją zagadnienia związane z nauką, prawdą, dowodami i teorią poznania na sposób pozytywistyczny i bardzo zawężony. Najczęściej jest to pozytywizm w bardzo naiwnej i wczesnej wersji, która zalatuje wręcz lekkim prymitywizmem. Podstawowa teza pozytywizmu głosi, że jedyną pewną wiedzą jest wiedza naukowa. Ta może być zdobyta tylko dzięki pozytywnej weryfikacji teorii za pomocą empirycznej metody naukowej. Pozytywizm podkreśla znaczenie wiedzy empirycznej i naukowości, a wzorem są w nim nauki przyrodnicze. Odrzuca przez to teologię oraz klasyczną metafizykę jako nieuprawnione spekulacje. Prekursorem pozytywizmu był brytyjski empirysta i sceptyk David Hume. Niemniej jednak w niniejszym tekście dostosowuję się do takiego rozumienia tych pojęć, jakie mają ateiści. Używam tychże pojęć w preferowanym przez nich sensie, choć sens ten bywa dużo szerszy i bardziej wieloznaczny. Na bieżąco staram się objaśniać, jak zazwyczaj rozumieją te zagadnienia ateiści.

1. Dowód

Pierwszą kwestią, o której należy napisać, jest sprawa dowodu. Ateista rozumie dowód w sensie magicznym, jako coś, co daje nam automatyczny dostęp do jakiejś prawdy bezspornej. Od tego właściwie zaczyna się niemal każda polemika z ateistą, który twierdzi, że teista powinien udowodnić istnienie Boga lub świata nadprzyrodzonego w sposób niepozostawiający żadnych wątpliwości.  Wymaganie to na pierwszy rzut oka wydaje się barierą nie do przejścia, ale jest tak tylko pozornie, gdyż postulatowi dowodzenia można postawić szereg kontrzarzutów. Przede wszystkim postulat ten jest wewnętrznie sprzeczny i obala sam siebie, ponieważ samo to żądanie jest arbitralnym i nieudowodnionym postulatem. Jeśli musimy wszystkiego dowodzić, to ateista powinien też udowodnić, że musimy coś udowodnić. Oczywiście nie zdoła on tego udowodnić, bo popadłby w regres do nieskończoności, błędne koło lub aprioryzm. Jest to tak zwany trylemat Münchhausena. Polega on w skrócie na tym, że gdy zechcemy udowodnić, że musimy wszystkiego dowodzić, to skończymy w trzech nierozwiązywalnych dylematach. Po pierwsze możemy zacząć dowodzić tego stwierdzenia za pomocą jego samego, to znaczy możemy zacząć po prostu twierdzić, że musimy wszystkiego dowodzić, co skończy się błędnym kołem (to, czego mamy dowieść, będzie z góry przez nas założone). Następnie możemy próbować bez końca i na różne sposoby dowodzić tego, że musimy wszystkiego dowodzić, co skończy się regresem ad infinitum. Każdy przedstawiony przez nas dowód będzie przecież domagał się kolejnego dowodu ‒ i tak w nieskończoność. Wreszcie możemy zrezygnować z dowodzenia tego, że musimy wszystkiego dowodzić, unikając w takim przypadku dwóch powyższych dylematów. Postulat o konieczności dowodzenia zostanie przez nas wygłoszony na zasadzie arbitralnej deklaracji bez pokrycia (jest to tak zwany aprioryzm). Niemniej jednak powstanie wtedy kolejny dylemat. Przecież dopiero co stwierdziliśmy, że trzeba wszystkiego dowodzić, a tymczasem teraz wygłaszamy deklarację bez pokrycia. Zaprzeczyliśmy zatem sami sobie. Na tym z grubsza polega wspomniany trylemat Münchhausena.

To nie są jedyne problemy związane z kwestią dowodzenia. Opcja dowodzenia czegokolwiek jest również bezsensowna z punktu widzenia ateisty, który nie posiada żadnego obiektywnego kryterium prawdy, podług którego mógłby ocenić jakiś dowód. Dowody i argumenty są niemożliwe w świecie ateisty, bo wymagają wszechwiedzy, którą ma tylko Bóg, a on istnienie Boga przecież neguje. Rozwinę to w kolejnych punktach.

Większość ateistów popełnia błąd logiczny argumentum ad ignorantiam w kontekście zagadnienia dowodu istnienia Boga. Niedwuznacznie sugerują oni bowiem, że Bóg nie istnieje, ponieważ brak jest ostatecznego dowodu na istnienie Boga. Tymczasem brak dowodu nie jest dowodem na brak. Z braku dowodu na to, że istnieje życie w galaktyce Andromedy nie wynika, że życie w galaktyce Andromedy nie istnieje. Ten błąd w rozumowaniu ateiści popełniają nagminnie w swej antyteistycznej retoryce.

2. Nauka

Drugim zagadnieniem, które należałoby poruszyć w kontekście metodologii dyskusji z ateistą, jest niewątpliwie wątek nauk przyrodniczych (pisząc dalej „nauka”, mam na myśli wyłącznie nauki przyrodnicze). Wcześniej czy później każdy wojujący ateista wyciągnie oręż nauki (ateistów takich nazywam „ateistami naukowymi” lub „scjentystycznymi”). Mówiąc wprost, wojujący ateiści regularnie twierdzą, że nauka (a zwłaszcza teoria ewolucji) wyklucza istnienie Boga. Takie deklaracje są jednak nieprawdą. Przede wszystkim nauka w żaden sposób nie udowadnia, że Bóg nie istnieje. Nie udowadnia też, że istnieje. Jest agnostyczna w kwestii Boga, a więc nie obala Jego istnienia (ale też i nie potwierdza, choć tu sprawa wydaje się nieco bardziej otwarta na przyszłość). Ateistyczny sofista będzie jednak bardzo często twierdził w dyskusji, że co prawda nauka nie zajmuje się Bogiem, jednak sam fakt, że „nie wykryła” ona Boga, „dowodzi” rzekomo, że Bóg nie istnieje. Twierdzenie to jest jednak kłamstwem. Nauka musiałaby być bowiem doskonała, „szczelna” i „kompletna” w swym opisie rzeczywistości, aby można było wysnuć takie roszczenie. A nauka wcale taka nie jest i wręcz bardzo daleko jej do tego. Matematyczne prawdopodobieństwo wszystkich teorii (naukowych i pseudonaukowych) przy dowolnej i zawsze skończonej liczbie danych doświadczalnych wynosi zero, gdyż liczba przypadków przetestowanych podzielona przez liczbą przypadków nieprzetestowanych zawsze musi dać nieuchronnie zero, ponieważ każda liczba skończona podzielona przez nieskończoność to po prostu zero. Nie istnieje więc logiczna możliwość wykluczenia istnienia Boga za pomocą nauki.

Warto też zauważyć, że nauka sama w sobie nie jest w stanie zagwarantować prawdziwości swoich twierdzeń na gruncie logicznym. Jeśli ateista twierdzi, że tylko poznanie naukowe gwarantuje nam zdobywanie prawdziwej wiedzy o świecie, to w tym momencie nauka powinna dowieść również i tego roszczenia. Jednak w tej sytuacji popadlibyśmy w błędne koło, bowiem dany system nie może orzekać o prawdziwości własnych twierdzeń wyłącznie na podstawie własnych twierdzeń. Skąd wiesz, że tylko ty jesteś wiarygodny? Gdyż tylko ja jestem wiarygodny. Istne błędne koło.

Jak wspomniałem, nauka nie jest też szczelna w swym opisie. Nie może opisać całego Wszechświata, gdyż nauka jest z zasady dziełem człowieka, a człowiek nie jest w stanie posiąść całej wiedzy o Wszechświecie. Niniejszym nauka nie może zagwarantować, że wie wszystko, i tym samym nie może wykluczyć istnienia czegokolwiek we Wszechświecie, z Bogiem włącznie. Gdyby hipotetycznie przyjąć, że Bóg ukrył się w ziarenku piasku znajdującym się gdzieś na krańcach Wszechświata, to nauka nie jest w stanie tam dotrzeć i wykluczyć Jego istnienie.

W rozumieniu większości wojujących ateistów nauka opiera się na wnioskowaniu indukcyjnym w swej metodzie, ale indukcja nie jest pewnym sposobem orzekania o rzeczywistości, co wiadomo powszechnie. Na marginesie warto dodać, że wiązanie metodologii naukowej wyłącznie z zasadą indukcji nie jest poprawne. Istnieje wiele koncepcji nauki w filozofii nauki ‒ mamy podejścia indukcjonistyczne, justyfikacjonistyczne, weryfikacjonistyczne, falsyfikacjonistyczne, ujęcia pragmatystyczne, instrumentalistyczne w wersji Quineʼa i innych wersjach et cetera. Jednak przeciętny ateista z reguły nie wie o tym i swoją edukację zakończył na wersji indukcjonistyczno-pozytywistycznej w ujęciu naiwnym. Dla niego „dowód naukowy” polega na intersubiektywnej powtarzalności potwierdzeń („intersubiektywny” oznacza, że ludzie mogą coś sprawdzić wiele razy niezależnie od siebie). Tak też wmawia on z reguły teiście. To ujęcie jednak ma niewiele wspólnego z prawdą, ponieważ metoda indukcyjna nie jest w stanie dowieść niczego w sposób pewny (co objaśnię dalej) i do tego nie stanowi ona jedynego możliwego sposobu orzekania w nauce.

W skrócie wyjaśnię, że metoda indukcyjna polega na zaobserwowaniu pewnej powtarzalności zjawisk i uogólnieniu tej powtarzalności na resztę takich samych zjawisk (lub podobnych do nich), z którymi się dopiero zetkniemy. Kiedy na przykład spotkamy tysiąc białych łabędzi, to zakładamy, że wszystkie łabędzie są białe. Indukcja jest zatem oparta na skończonej liczbie obserwacji i każdy uogólniony wniosek oparty na skończonej liczbie obserwacji może zostać obalony przez jedną nową obserwację, która zaprzeczy takiemu uogólnieniu. Przykład z czarnymi łabędziami odkrytymi w końcu w Australii unaocznia nam, że indukcyjne uogólnienie o białych łabędziach na wszystkie inne, niespotkane jeszcze łabędzie, było błędne. Przykład ten pokazuje nam bowiem, że na pozór oczywiste twierdzenie mówiące swego czasu o tym, że wszystkie łabędzie są białe, zostało obalone przez obserwację czarnych łabędzi. Wnioskowanie indukcyjne jest błędne logicznie. Ściśle rzecz biorąc, rozumowanie indukcyjne prowadzi wręcz do absurdu. Mówi nam ono tylko coś o przeszłości, podczas gdy w sposób logicznie nieuprawniony rozszerzamy je w przyszłość. Skąd wiesz, że przyszłość będzie taka jak przeszłość? Bo do tej pory przyszłość była taka jak przeszłość. Takie rozumowanie jest oczywiście koliste. Karl Popper i David Hume uznawali je za obarczone regresem do nieskończoności. Nawet ateista i słynny matematyk Bertrand Russell ze smutkiem przyznawał, że nie da się logicznie uzasadnić poprawności wnioskowania indukcyjnego, które dla pozytywistów i większości znanych mi ateistów jest fundamentem wszelkich nauk przyrodniczych. Co gorsza, ateista pozbawiony w swym światopoglądzie Boga nie jest w stanie uprawomocnić indukcji będącej dla niego podstawą przekonania o regularności w przyrodzie. Jak pisał Hume, cytowany przez Poppera, na każdą odpowiedź brzmiącą „do tej pory przyszłość była taka jak przeszłość” zażąda on ponownego uzasadnienia tej właśnie odpowiedzi. Skończy się to oczywiście wspomnianym regresem do nieskończoności. Apologeta presupozycyjny Sye Ten Bruggencate wskazywał, że wnioskowanie indukcyjne może nas prowadzić do skrajnie nonsensownych wniosków. Możemy na przykład dojść do wniosku, że nigdy nie umrzemy, gdyż do tej pory nigdy nie umarliśmy. Ewentualny kontrargument, że inni ludzie umierają i dlatego my też umrzemy, nie jest poprawny. Jesteśmy bowiem tacy sami jak inni ludzie z wyjątkiem tego, że nie umarliśmy. Sye Ten Bruggencate wskazuje też na inny przykład ukazujący, że wnioskowanie indukcyjne może prowadzić do absurdu. Przypuśćmy, że jadąc samochodem, mijamy cały czas budynki w jednym kolorze. Czy na tej podstawie możemy przyjąć, że kolor następnych mijanych budynków  będzie taki sam? Oczywiście, że nie możemy tak wywnioskować i byłoby to właśnie błędne logicznie rozumowanie indukcyjne.

Nauka błądzi, a niekiedy nawet zaprzecza sama sobie w swym opisie rzeczywistości, co pokazuje historia, nie jest więc doskonała (dalej podam konkretne przykłady sytuacji, w których nauka najwyraźniej zaprzecza swoim wcześniejszym twierdzeniom). Nauka nie może tym samym wykluczyć istnienia czegokolwiek, bo jest ułomna. Kultowa książka filozofa nauki Thomasa Kuhna Struktura rewolucji naukowych jest pełna przykładów zmian w nauce. W historii nauki mieliśmy do czynienia z sytuacjami, gdy jedno „prawie pewne twierdzenie” zastępowano innym, tym razem już „mniej pewnym” twierdzeniem. Przykładów jest bez liku. Flogiston i eter, a także „cieplik” były „oczywistościami” i niemal „pewnikami” w klasycznej nauce,  uznano je jednak za błędne twierdzenia. Koncepcja jednostajnego czasu w teorii newtonowskiej została obalona przez koncepcję czasu względnego i zmiennego w teorii Einsteina. W teorii Newtona czas był niezmiennikiem, a w teorii Einsteina przestał być tym niezmiennikiem. Newtonowska stałość czasu została zatem obalona przez relatywistykę, w której światło porusza się po krzywych zerowych, a więc na przykład dla takiego fotonu czas zwyczajnie nie płynie, co w fizyce newtonowskiej byłoby nie do przyjęcia. Teoria Einsteina zmieniła wzory opisujące energię i obaliła także niezależność układu odniesienia w newtonowskiej wizji świata. Trzeba było na nowo zdefiniować matematyczne pojęcie czasu. Według trzeciej zasady dynamiki Newtona oddziaływania rozchodzą się we Wszechświecie z nieskończoną prędkością, tymczasem całkowicie zaprzeczył temu Einstein, który stwierdził, że nic nie porusza się z prędkością większą niż prędkość światła. Również dynamika w teorii względności jest inna niż w klasycznej mechanice Newtona. Kilka „oczywistości” w teorii względności (tak szczególnej, jak i ogólnej) również się załamało, między innymi pogląd o równoczesności zdarzeń we wszystkich układach odniesienia, pojęcie bryły sztywnej (idealizacja ciała fizycznego, która polega na podaniu parametrów niewystępujących w rzeczywistych warunkach) czy nawet cząstki punktowej. Newtonowski opis elektronu w kategoriach cząstki punktowej, rozumianej jako ziarnisty element materii o dobrze określonym rozmiarze i kształcie, przestał być do końca ścisły z punktu widzenia nowoczesnej fizyki kwantowej, gdzie podstawą dla fizycznej natury świata są raczej pola kwantowe przyjmujące niezerowe wartości w całej przestrzeni.

Fizyka kwantowa jest również sprzeczna z teorią Einsteina, co przyznawał sam Einstein i do końca życia bezskutecznie próbował wyeliminować tę sprzeczność. W ogólnej teorii względności rzeczywistość jest zawsze jednoznacznie określona (jak w mechanice klasycznej), a czas i przestrzeń biorą czynny udział w wydarzeniach i same podlegają równaniom Einsteina. Fizyka kwantowa mówi natomiast, że przyrodę możemy poznać tylko w przybliżeniu, każdy pomiar zaś jest obarczony jakimś prawdopodobieństwem i jakąś dokładnością. Nie jest tak wcale dlatego, że nie mamy wystarczająco precyzyjnych przyrządów ‒ ta niepewność i niedokładność tkwi w samej naturze zjawisk. Co więcej, powszechnie używane teorie kwantowe nie obejmują swoimi prawami czasu i przestrzeni. Te przykłady można by mnożyć, ale w tym momencie chodzi o coś innego: wszystko to twierdzenia naukowe, które są ze sobą niezgodne. Żadne z nich nie może być pewne, bowiem z czasem uczeni mogą przyjąć inne twierdzenie, niezgodne z akceptowanym wcześniej. Ale to nowe twierdzenie również nie jest pewne na tej samej zasadzie co poprzednie twierdzenie, ponieważ znowu jakieś inne twierdzenie może być z nim niezgodne ‒ i tak w nieskończoność. A jeśli jakiś system unieważnia swe własne twierdzenia, to tym bardziej nie można go użyć do negowania tezy o istnieniu Boga lub czegokolwiek innego. Nauka w żaden sposób nie może wesprzeć ateizmu.

Ponadto w nauce istnieją koncepcje, na które nigdy nie przedstawiono żadnych dowodów. Jedną z takich koncepcji jest teoria strun. Niesprawdzalnych koncepcji naukowych jest dużo więcej. Książka Jima Baggotta Pożegnanie z rzeczywistością. Jak współczesna fizyka odchodzi od poszukiwania naukowej prawdy (w Polsce wydana przez: Prószyński i S-ka, 2015), ukazuje całą masę kolejnych takich przykładów. A więc nauka zawiera wiele nieudowodnionych twierdzeń o naturze świata i tym samym po raz kolejny nikt nie może jej używać do wykluczania istnienia czegokolwiek lub kogokolwiek.

W filozofii nauki istnieje też zagadnienie uteoretyzowania obserwacji, o którym należałoby chociaż pokrótce wspomnieć. Z powodu obciążenia teoretycznego zdań obserwacyjnych nie można mówić o postępie ku prawdzie. Gdy zmienia się teoria, zmienią się też „fakty”. A zatem teoria ma zawsze prymat nad obserwacjami i mówi się nawet o „skażeniu” teorią w przypadku każdej obserwacji. Posłużę się pewnym przykładem, żeby rozjaśnić tę kwestię. Heliocentryzm i geocentryzm są teoriami stojącymi ze sobą w sprzeczności. Wyobraźmy sobie teraz, że zwolennik geocentryzmu i zwolennik heliocentryzmu patrzą na jeden i ten sam zachód słońca. Jednak to właśnie teorie, które oni wyznają, mają wpływ na ich interpretację tej obserwacji. Dla zwolennika geocentryzmu Słońce wykonuje ruch wokół nieruchomej Ziemi. Natomiast dla zwolennika teorii heliocentrycznej jest odwrotnie ‒ Ziemia wykonuje ruch względem nieruchomego Słońca. Jak zatem widać, to nie sama obserwacja słońca ma tu decydujące znaczenie, ale założenia teoretyczne, z jakimi obaj uczestnicy podchodzą do tej obserwacji. Rozstrzygające są zawsze założenia teoretyczne, a nie sama obserwacja, dlatego wśród filozofów nauki mówi się, że każda obserwacja jest obciążona teoretycznie i nie istnieje nic takiego jak „czysta obserwacja”. Obciążenie teoretyczne i konwencjonalność zdań uniemożliwia określenie ich wartości logicznych. Fakty są bowiem skonstruowane głównie za pomocą naszych założeń teoretycznych, więc nie mogą niczego weryfikować ani falsyfikować. Co więcej, wymóg podania koncepcji ogólnej prawdziwości poznania jest sprzeczny wewnętrznie z powodu różnego rodzaju antynomii logicznych, zwłaszcza tak zwanego paradoksu kłamcy. Mówiąc w skrócie, zdanie nie może orzekać samo o sobie, że jest prawdziwe. Paradoks kłamcy obrazuje nam to, że coś nie może orzekać samo o sobie. Gdy kłamca mówi, że kłamie, to musimy uznać, że mówi prawdę i kłamie zarazem. I na odwrót, kiedy twierdzi, że mówi prawdę, to znów musimy uznać, że jest zarazem kłamcą i mówi prawdę, co też nie ma sensu. Jest to wewnętrznie sprzeczne i nie da się ustalić wartości logicznej takiego zdania. Problemy związane z koncepcją prawdy rozwinę szerzej w punkcie III odnoszącym się do koncepcji prawdy.

Na końcu tego punktu warto omówić jeszcze jedną kwestię. Po wyłożeniu powyższych argumentów ateista często odpowiada, że nauka przecież działa, dzięki niej mamy komputery, na których piszemy, telefony, z których rozmawiamy, samoloty, którymi latami itd. Zdaniem ateisty ma to oznaczać, że nauka jednak coś poprawnie poznaje o świecie. Jest to jednak błędne i uproszczone rozumowanie. Po pierwsze ateista myli tu naukę z technologią. A technika to nie nauka. Nauka jedynie próbuje objaśniać, czemu technika działa, i nie wiemy, czy poprawnie to objaśnia. Co z tego, że włączamy kontakt i żarówka świeci, skoro nie wiemy tak naprawdę do końca, czemu ona świeci. Stawiamy jedynie pewne hipotezy w tym zakresie. Po drugie, fałsz i oszustwo też mogą być skuteczne. Pojęcie skuteczności jest bowiem naszym wytworem mentalnym i próba połączenia go z prawdą o świecie jest tym samym życzeniowa. Każda próba uzasadnienia, że skuteczność implikuje niezależną prawdę o świecie, skończy się regresem do nieskończoności. Zawsze bowiem będziemy musieli podać wyjaśnienie do wyjaśnienia, które nie ucieknie od naszego subiektywnego pojęcia użyteczności. Taka teza może więc pozostać jedynie subiektywnym przekonaniem i nie dowodzi w żaden sposób, że działanie nauki (lub raczej technologii) mówi nam cokolwiek pewnego o świecie.

 

3. Koncepcja prawdy

W ateizmie nie jest możliwe również podtrzymanie koncepcji prawdy absolutnej. Ateiści bardzo często używają terminu „prawda” lub „prawda naukowa” przeciw religii. Okazuje się to tylko sloganem, albowiem po odrzuceniu Boga jako źródła prawdy ateiście nie pozostaje żaden miarodajny probierz prawdy. Obserwacja lub empiria również nie może być dla niego źródłem prawdy, ponieważ nie można uzasadnić obserwacji za pomocą obserwacji (znowu wpadniemy w błędne koło). W ateizmie nie istnieje możliwość podtrzymania koncepcji prawdy korespondencyjnej (klasycznej teorii prawdy) z powodu tych samych problemów, co  opisane przed chwilą. Teoria prawdy korespondencyjnej mówi nam o tym, że prawdę ustalamy, porównując nasze stwierdzenie z „rzeczywistością”. Problem jednak w tym, że ateista nie jest w stanie określić, czym jest owa „rzeczywistość” i jaki jest jej dokładny zakres. Mamy bowiem jedynie dostęp do naszych postrzeżeń, a nie do samej „rzeczywistości”.

Klasyczna teoria prawdy korespondencyjnej nie może ponadto wyjść poza sam język. Posłużę się tu pewnym przykładem. Wyobraźmy sobie, że jakiś ateista upiera się przy tym, że jest w stanie udowodnić nam za pomocą obserwacji prawdziwość zdania „kot wskoczył na płot”. Mówi nam: kot wskoczył na płot, ponieważ właśnie zaobserwowałem kota wskakującego na płot. Jednakże zdanie „obserwacja kota wskakującego na płot udowadnia to, że kot wskoczył na płot” jest masłem maślanym. Opisuje jedynie związek między zdaniami i nie jest charakterystyką związku zdania z rzeczywistością. Nie mówimy „kotami”, ale słowami. Reasumując, krytycy teorii prawdy korespondencyjnej zauważają, że nie ma możliwości odróżnienia opinii od prawdy, bowiem każdy sąd na temat relacji opinii i prawdy byłby opinią. Wadę klasycznej teorii prawdy stanowi to, że jest ona niemożliwa do stosowania na co dzień. Jeżeli kryterium prawdy zasadza się na tym, czy moje przekonanie jest zgodne z obiektywną rzeczywistością, to pojawia się pytanie: „a jak ja mam sprawdzić, czy moje przekonanie jest zgodne z obiektywną rzeczywistością?”. Zmysły ateisty zawsze mogą podlegać złudzeniu i Bóg nie gwarantuje poprawności jego obserwacji. Dlatego klasyczna koncepcja prawdy korespondencyjnej jest również nie do utrzymania w ateizmie. W teizmie to Bóg stwarza rzeczywistość, w której żyjemy, i do niej teista porównuje swoje sądy. Ateista nie ma skąd wziąć takiego punktu odniesienia.

 

4. Logika

Ateiści bardzo często przeciw wierze religijnej szafują również terminem „logika”, niedwuznacznie sugerując, że już sam fakt wiary w coś jest „nielogiczny”. Jednak zapytani o konkrety w tej sprawie nie są w stanie przedstawić nic sensownego. Nie potrafią nawet wskazać żadnego prawa logicznego, z którego wynikałoby, że wiara miałaby być „nielogiczna”. Z punktu widzenia samej logiki jest ona tworem mentalnym i odnosi się do samego języka. Język zaś jest umową przyjmowaną między ludźmi właśnie na wiarę. Teza o „nielogiczności” wiary jest wręcz wewnętrznie sprzeczna, czyli sama teza jest nielogiczna. Czy powinniśmy uważać, że logika decyduje o tym, jak powinien zachowywać się świat? To bardzo wątpliwa koncepcja, gdyż logika jest językiem opisu, nie może więc określać zachowań świata i jest wtórna względem świata.

Ateista stawia logikę na piedestale niczym swego bożka. Tymczasem logika jest dziurawa jak sito i nie dotyczy większej części rozumowań ludzkich. Jak za pomocą logiki zdecydować, czy blondynki są ładniejsze od brunetek i która zupa jest lepsza ‒ pomidorowa czy ogórkowa? Logika nie obsługuje nawet takich prostych rozumowań potocznych. Skąd wiadomo, że logika opisuje cały Wszechświat, skoro sama logika nie stawia takiego założenia?

Reguły logiki nie narzucają się w sposób oczywisty umysłowi i nie zawierają w sobie nic absolutnego. Reguły logiczne są pozbawione swej rzekomej absolutności i apodyktyczności. W walce z błędami logika również zawodzi. Opisując formy poprawnego rozumowania, winna ona skutecznie zapobiegać błędom. Zadania tego jednak nie spełnia, a to przede wszystkim dlatego, że błędy postępowania często nie mają nic wspólnego z błędami rozumowania. Żywioł psychiczny odgrywa w myśleniu większą rolę niż formuła logiczna.

Spotkałem się z twierdzeniem ateistów, że logika dwuwartościowa (prawda i fałsz) najlepiej opisuje rzeczywistość. Tymczasem logika Łukasiewicza jest logiką trójwartościową. Oprócz prawdy (wartość logiczna 1) i fałszu (wartość logiczna 0) mamy tam także „ani prawda, ani fałsz” (wartość logiczna ½). Tego, że każde zdanie jest albo prawdziwe, albo fałszywe, twierdził Łukasiewicz, nie da się udowodnić. Można jedynie w to wierzyć. Jako przykład zdania ani prawdziwego, ani fałszywego podawał: „Będę w Warszawie w południe 21-go grudnia przyszłego roku”.

Logika formalna analizuje tylko językowe związki między wyrażeniami i pomija ich znaczenie oraz odnoszenie się do czegoś poza językiem. Reguły logiki nie stosują się do świata rzeczy i są wytwarzane jedynie za pomocą operacji myślowych. Tak samo jak przepisy kodeksu drogowego lub reguły gry w szachy. Do tego znaczenia pojęć nie są stałe, zmieniają się. Tak jak pojęcie pierwiastka, który najpierw opierał się na podstawie kryterium właściwości, a potem na podstawie kryterium ciężaru.

Za pomocą której logiki ateista chce rozstrzygnąć, która logika jest prawdziwa? Nie wiadomo ponieważ nie wiemy, która jest prawdziwa. Logika nie rozstrzyga też, jakie równoważne, ale niezgodne teorie opisujące te same dane empiryczne wybrać, na przykład interpretacje mechaniki kwantowej, których jest w tej chwili co najmniej czternaście i są one niezgodne ze sobą. Logika nie mówi nam także, którą z niezgodnych między sobą logik mamy wybrać, nawet jeśli nie zastanawiamy się nad jej prawdziwością. Logika jest przez nas odgórnie zakładana i na razie żaden ateista nie wykazał, że jest ona zakodowana w genach lub stanowi odzwierciedlenie „rzeczywistości”. Ateista nie ma podstaw, aby zakładać, że logika odzwierciedla realną strukturę „rzeczywistości”.

Ateista często traktuje logikę jako coś absolutnego, ostatecznego, niezmiennego, coś, co obala teizm i religię. Tymczasem taki system formalny jak dualny rachunek intuicjonistyczny odrzuca logiczną regułę modus ponens (reguła ta mówi, że jeśli uznajemy prawdziwość poprzednika prawdziwej implikacji, to musimy uznać też prawdziwość jej następnika). Natomiast słynny matematyk Luitzen Egbertus Jan Brouwer odrzucał dowody nie wprost i logiczną zasadę wyłączonego środka (głosi ona, że istnieją tylko dwie możliwości: dane zdanie jest prawdziwe lub prawdziwe jest jego zaprzeczenie). Istnieją wnioskowania, które można poprawnie przeprowadzić w logice klasycznej, ale które nie są poprawne w logice intuicjonistycznej (to jedna z logik alternatywnych względem logiki klasycznej). Czy te wszystkie rewizje i niespójności byłyby możliwe, gdyby logika była nieodwołalnym absolutem? Jeśli stanowi ona jedynie wytór myślenia, to nie jest niczym absolutnym, jak chciałby wojujący ateista, używający jej niekiedy jako oręża przeciw religii. Natomiast teista może jak najbardziej wierzyć, że logika jest odbiciem doskonałego umysłu Boga i my ten boski zamysł jedynie stopniowo odkrywamy na zasadziey prób i błędów. Ateista oczywiście nie może podzielać tego przekonania z racji swojego antyteistycznego poglądu, stąd w jego świecie logika może być jedynie konstruowana i jako produkt mentalny stanowi problem co do swej prawomocności. Omylny umysł ateisty nie jest bowiem w stanie zagwarantować nam tej prawomocności i nie ma na czym jej oprzeć, nie tylko w kwestii logiki, ale w ogóle w sprawie innych tworów mentalnych ateisty, co rozwinę jeszcze dalej w punktach VII) i a-m, w sekcji o apologetyce presupozycyjnej.

 

5. Prawdopodobieństwo

Przyciśnięty w dyskusji ateista często wycofuje się z koncepcji „prawdy absolutnej” i zaczyna wyznawać koncepcję „prawdy prawdopodobnej”. Odwołuje się do teorii prawdopodobieństwa, zwanej niekiedy probabilistyką. Twierdzi, że co prawda nie ma dostępu do prawdy absolutnej, ale może oszacować prawdopodobieństwo prawdziwości jakiegoś przekonania. Tymczasem nie może istnieć prawda prawdopodobna bez jakiejś prawdy pewnej. Nie istnieje żaden inny powód, by wprowadzić pojęcie prawdopodobieństwa, oprócz niedostatków naszej wiedzy (nie dotyczy to niektórych interpretacji mechaniki kwantowej). Mamy ponadto wiele różnych interpretacji idei prawdopodobieństwa oraz matematycznego rachunku prawdopodobieństwa, co stanowi kolejny problem.

Ateista czasem twierdzi, że fizyczna teoria wszystkiego, która pewnego dnia być może zostanie sformułowana, wyeliminuje potrzebę Boga jako wyjaśnienia. Niektórzy fizycy poszukują takiej „teorii wszystkiego”, zwanej też „teorią ostateczną”. Teorię wszystkiego należy jednak uznać za mrzonkę. Oznacza ona de facto wyczerpanie wszelkich pytań i osiągnięcie nieskończonej ilości odpowiedzi, co jest logicznie niemożliwe. Co decyduje, że dane wyjaśnienie jest zadowalające i ostateczne? Nawet gdyby istniało ostateczne wyjaśnienie, to ono samo pozostałoby niewyjaśnione i mogłoby zostać uznane za przypadkowe. Skoro nie podlegałoby ono już dalszym objaśnieniom, to co by się stało, gdyby ktoś zapytał, czy jest to na pewno poprawne wyjaśnienie? Nie wiadomo też, co miałoby decydować o tym, że dane wyjaśnienie jest ostateczne i zadowalające. Brak tu kryterium i samo to kryterium też domagałoby się jakiegoś ostatecznego wyjaśnienia lub przynajmniej kolejnych wyjaśnień. Z każdym nowym poznaniem ujawnia się jednocześnie nowy problem. Ilość tych problemów jest nieskończona. Jeśli stan ostateczny nauki jest mrzonką, to jaki sens jest mówić o zbliżaniu się nauki do prawdy? Jeśli ktoś jest ateistą, to skąd wie, że zbliża się do prawdy? Jeśli dysponuje już jakąś prawdą, dzięki której wie, że się do niej zbliża, to po co w ogóle robi wysiłki, żeby zbliżyć się do tego, co ma już w ręku? Jest tu ewidentnie ukryta sprzeczność. Ateiści z jednej strony twierdzą, że nauka odkrywa prawdę, z drugiej ‒ gdy się ich przyciśnie w dyskusji ‒ zaprzeczają już temu. Jeśli jednak nie dysponują żadną prawdą absolutną, to nie mogą tym samym stwierdzić nawet tego, że nauka w ogóle zbliża ich do jakiejś prawdy. Nie mogą zaprzeczyć temu, że nauka może docierać jedynie do pewnej harmonii złudzeń, to znaczy do spójnego i być może nawet przewidywalnego systemu danych, który jest jednak chimerą. Ponadto nie da się wytłumaczyć, co to znaczy być bliżej prawdy i podać kryteria oceny tego przybliżenia. Procedura pomiaru odległości zakłada znajomość dwóch punktów, pomiędzy którymi mierzy się tę odległość. Skąd więc ateista wie, jak daleko mu jeszcze do prawdy, jeśli nie zna położenia punktu docelowego?

Probabilizm daje wiele możliwości zamiast jednej odpowiedzi, a te możliwości mogą się wykluczać. Możemy mieć na przykład prognozę pogody, że jutro na 40% będzie padać, z czego wynika, że na 60% nie będzie padać. Mogą też być inne opcje, że będzie padać i nie padać w ciągu dnia, bo opady będą przelotne. I tak dalej. Kombinacje tych opcji prawdopodobieństw można rozbudowywać. Giełda też jest szacowalna w pewnym rozkładzie statystycznym, a mimo to ‒ kompletnie nieprzewidywalna. Probabilizm spotyka się z zarzutem, że wszystkie teorie są jednakowo nieprawdopodobne w jego ujęciu. Jest tak dlatego, że każdy zespół danych, będący podstawą dla określonej teorii, można zinterpretować na nieskończoną ilość sposobów, co sprawia, że liczba w mianowniku rośnie do nieskończoności i tym samym wynik takiego równania spada do zera.

Ateista wysuwa zarzut, że istnienie Boga i cudów jest „skrajnie nieprawdopodobne”. Nie popiera tego jednak żadnym wyliczeniem prawdopodobieństwa (nie da się tego wyliczyć). Ale nawet jeśli przyjmiemy, że jest w tej kwestii tak, jak chce ateista, to nie wynika z tego nic negatywnego dla religii i teizmu. Cuda są czymś na tyle rzadkim, że powinniśmy wręcz oczekiwać właśnie tego, że prawdopodobieństwo ich wystąpienia będzie niskie. Nie świadczy to przeciw nim, ponieważ coś o niskim prawdopodobieństwie jak najbardziej może się zdarzać. Można przytoczyć wiele przypadków ekstremalnie nieprawdopodobnych zdarzeń, które jak najbardziej zaszły. Za takie zdarzenia uznamy niewątpliwie przeżycie po upadku z wysokości kilku kilometrów. Nicholas Alkemade przeżył upadek z wysokości 5 kilometrów podczas II wojny światowej (jego spadochron się nie otworzył). Podobna historia przytrafiła się radzieckiemu porucznikowi Ivanovi Chisovowi, którego w 1942 roku zestrzelił niemiecki myśliwiec i którego spadochron również się nie otworzył. Spadł on z wysokości około 7 kilometrów i przeżył. Inne takie udokumentowane przypadki to choćby brytyjski spadochroniarz Michael Holmes, który przeżył upadek z wysokości 4570 metrów (jego spadochron też się nie otworzył). Z kolei Vesna Vulović, jugosłowiańska stewardesa narodowości serbskiej, 26 stycznia 1972 roku przeżyła upadek z wysokości 10 160 metrów po tym, jak w samolocie, którym leciała, eksplodowała bomba. W 1985 roku Vulović dostała nagrodę Księgi rekordów Guinnessa (za upadek bez spadochronu z największej wysokości), którą wręczył jej Paul McCartney. Przy okazji tych rozważań warto też wspomnieć o zagadnieniu widma energii cząstek kosmicznych w fizyce. Najbardziej energetyczne cząstki są o 30 rzędów wielkości rzadsze od tych o niskich energiach, a jednak takie cząstki obserwuje się, pomimo że nie powinny one wręcz istnieć, gdyż współczesna nauka nie zna mechanizmów, które mogłyby przyspieszać cząstki do takich energii. I to również pokazuje, że wszelkie argumenty probabilistyczne ateistów przeciw religii i istnieniu Boga nie sięgają celu.

Argument z niskiego prawdopodobieństwa przeciw istnieniu Boga i cudom jest zatem kompletnie nietrafiony. Skrajnie nieprawdopodobne sytuacje nie tylko jak najbardziej mogą się zdarzać, ale wręcz zdarzają się.

 

6. Regularność i naturalizm filozoficzny

W dyskusji z ateistą wcześniej czy później musi nieuchronnie pojawić się również zagadnienie regularności w przyrodzie. Stwierdzenie regularności w przyrodzie jest naturalistycznemu ateiście potrzebne do zanegowania cudów. Teista wierzy, że Bóg może ingerować w świat przyrody. Natomiast zdaniem naturalistycznie nastawionego ateisty jest to niemożliwe, ponieważ nikt nie może złamać „praw przyrody”. Naturalizm w przeciwieństwie do nadnaturalizmu głosi, że nie istnieje żaden świat poza tym, który może zostać opisany przez nauki przyrodnicze. I tak pojawia się kolejny spór.

Tymczasem nikt nie jest w stanie stwierdzić istnienia regularności w całej przyrodzie. Aby bowiem stwierdzić, że zawsze mamy do czynienia z regularnością w całej przyrodzie, musielibyśmy mieć dostęp do komplementarnej i wyczerpującej wiedzy o całym Wszechświecie, co de facto wymagałoby dostępu do wszechwiedzy. Żaden ateista nie ma jednak dostępu do wszechwiedzy. Samo stwierdzenie jakiejś regularności w wycinku otaczającego nas świata nie może być więc żadnym argumentem przeciw możliwości Boskiej ingerencji w świat przyrody. Jakakolwiek regularność w świecie przyrody tym bardziej niczego nie dowodzi, gdyż regularna może być też przez jakiś okres nawet przypadkowa fluktuacja, która jest czasowym odstępstwem od normy.

Naturalista uważa, że jego wycinkowe doświadczenie upoważnia go do orzekania o całej rzeczywistości. Nie tylko tej obecnej, ale także tej przeszłej i być może nawet przyszłej. Naturalista na podstawie szczegółu przechodzi więc w sposób nieuprawniony do formułowania twierdzeń w sprawie ogółu. Jest to błąd logiczny hasty generalization i  nie trzeba być drugim Sokratesem, aby zauważyć, że to rozumowanie jest po prostu niepoprawne. Ludzkość wraz ze swym istnieniem jest bowiem zaledwie wycinkiem mikroskopijnej wielkości w skali długiej historii Wszechświata. Z punktu widzenia naturalisty ludzkość pewnego dnia przestanie również istnieć, kiedy zgaśnie Słońce; świat będzie więc istniał dalej, ale już bez człowieka. Oznacza to, że człowiek nie jest w stanie dokonać pełnej obserwacji Wszechświata od początku do końca i stwierdzić w sposób pewny, że te same „prawa przyrody” obowiązują zawsze i wszędzie. A skoro nie możemy orzekać na podstawie obserwacji zaledwie małego wycinka rzeczywistości o  prawach całej rzeczywistości, to tym samym bezzasadny jest nasz osąd o tym, że w ogóle istnieją jakieś „stałe prawa przyrody”. Osąd taki nie pochodziłby z komplementarnego i wyczerpującego doświadczenia. Nic tu nie pomoże też założenie, że skoro pewne zjawiska powtarzają się regularnie od czasu, gdy je obserwujemy w pewnym wąskim spektrum naszej percepcji, to tak będzie zawsze i wszędzie. Argument ten jest bowiem oparty na wierze w to, że przyszłość będzie taka jak przeszłość, a przecież tego mamy dopiero dowieść. Jest to więc błędne koło. Naturalista nie jest w stanie dowieść nawet tego, że również i przeszłość rządziła się zawsze tymi samymi „prawami przyrody”, skoro nie dysponuje on także kompletną obserwacją wstecz. Jeśli więc naturalista nie jest w stanie dowieść, że świat rządzi się stałymi i regularnymi prawami, to tym samym nie jest też w stanie dowieść, że w ogóle istnieje jakieś szacowalne „prawdopodobieństwo” odnośnie do tego, co może się zdarzyć lub nie. W  tym wypadku prawdopodobieństwo dotyczące osądów naturalisty o świecie również jest nieszacowalne. Prawdopodobieństwo zakłada bowiem regularność przyrody, a tego, jak widać, nikt nie jest w stanie dowieść. A skoro nie da się dowieść, że istnieją niezmienne prawa przyrody, to nic w świecie nie jest ani prawdopodobne, ani nieprawdopodobne, włącznie z  samą zasadą „prawdopodobieństwa”, na którą powołuje się niekiedy naturalista dla ratowania swych poglądów lub w celu stwierdzenia, że istnienie Boga jest „nieprawdopodobne”. Pojęcie „prawdopodobieństwa” i „nieprawdopodobieństwa” jest w takiej sytuacji pozbawione sensu i  może być jedynie subiektywną kategorią umysłu, będąc jedynie przypuszczeniem, hipotezą lub, mówiąc wprost, wiarą, od której naturalista próbuje za wszelką cenę uciec. Warto dodać, że pojęcie prawdopodobieństwa stanowi tylko pewną regułę myślową i ateista nie może narzucić jej światu. Jest to mieszanie poziomu językowego z przedmiotowym.

Tak więc naturalista nie jest w stanie wykluczyć możliwości, że istnieją nadprzyrodzoność i związane z nią cuda, odwołując się jedynie do wycinkowej obserwacji „rzeczywistości” wokół siebie i do „praw przyrody”, których stałości nigdy nie będzie w stanie dowieść. Naturalista ma bowiem zbyt mało wiedzy i argumentów, aby to wykluczyć. Nawet milion obserwacji N, których dokona on w swym otoczeniu, nie będzie wyczerpującą informacją o rzeczywistości, gdyż zaledwie jedna prosta obserwacja N+1 może zburzyć cały misternie budowany obraz, jakiego doświadczył (jak w klasycznym przypadku z czarnymi łabędziami). Naturalista jest zatem w stanie jedynie założyć, że cuda i nadprzyrodzoność nie zdarzają się oraz że wszelkie doniesienia o nich są fałszywe. Jednak to jest właśnie założenie, które stanowi przedmiot sporu, więc przyjmując to założenie zarazem jako argument, naturalista znowu wpada tu w błędne koło w rozumowaniu.

Kolejnym nieprzezwyciężalnym problemem dla naturalisty jest to, że nie ma on żadnego punktu wyjścia do umocowania swych przekonań. W jego światopoglądzie wszystko jest bowiem naturą i niczym więcej. Natura sama w sobie nie może być jednak podstawą wszelkich tłumaczeń, skoro sama wymaga wyjaśnienia. W ten sposób naturalista znowu na dzień dobry melduje się w  błędnym kole ze swoimi przekonaniami i nie jest w stanie wytłumaczyć, dlaczego to akurat natura ma być podstawą wszelkich wyjaśnień. Owo założenie, którego naturalista ma dopiero dowieść, staje się bowiem jednocześnie dowodem we własnej sprawie. Naturalizm jest hermetycznie zamkniętym systemem, w którym tłumaczy sam siebie przez samego siebie, a tymczasem żaden system nie może rozstrzygać o wiarygodności swych twierdzeń w swoim własnym obrębie. Potrzebny jest jakiś metasystem nad systemem naturalizmu, który mógłby go ocenić, ale problem w tym, że naturalizm nie wierzy w żaden taki metasystem i  istnienie jakiegokolwiek innego systemu poza nim samym, gdyż w jego mniemaniu nic innego jak natura nie może istnieć. Orzeczenia naturalizmu w kwestii natury bytu, dotyczące niemożliwości cudów, są więc pozbawione podstaw. Tak samo bez sensu są w tym momencie twierdzenia naturalisty, że coś, na przykład jakiś cud, „nie może” się zdarzyć w takim hermetycznie zamkniętym systemie „praw”. Naturalista nie może tego stwierdzić, gdyż po pierwsze bez spojrzenia z zewnątrz nic nie wie o ewentualnej „niezmienności praw” w tymże systemie, a po drugie gdyby próbował orzekać w tej sprawie, znowu znajdzie się w błędnym kole, gdyż powoła się na te same prawa, w sprawie których chce orzekać. System sądów nie może orzekać wyłącznie na mocy siebie samego, gdyż zawsze popadnie w błędne koło (patrz też wspomniany już wyżej paradoks kłamcy). Jak składający się wyłącznie z chaotycznie i bezładnie drgających atomów umysł naturalisty może definiować się jako składający się wyłącznie z atomów? Pogląd taki jest samowywrotny i błędnokołowy.

Wśród filozofów nauki coraz częściej dochodzi do głosu zdanie, że tak zwane prawa przyrody muszą zostać eliminowane z nauki jako bezsensowne, gdyż zdania czysto uniwersalne są nieweryfikowalne jako domagające się nieskończonej ilości potwierdzeń. Nie ma czegoś takiego jak „prawo przyrody”, bo prawo przyrody jest zależne od tymczasowej wiedzy kulturowej, która podlega przemianom. Gdy wykroczymy poza samo zjawisko w naszym opisie, to pojęcie „prawa przyrody” nie ma sensu, ponieważ idea prawa obejmuje coś więcej niż jedno zjawisko lub choćby wiele zjawisk. Nawet wiele zaobserwowanych zjawisk wciąż nie wskazuje na to, że mamy prawo uniwersalne mówiące nam o nieskończonej ilości zjawisk. Gdybyśmy bowiem mieli dostęp do obserwacji nieskończonej ilości powtarzalnych zjawisk, to wtedy i tak musielibyśmy coś dodać spoza tych zjawisk, jakieś teoretyczne tezy nieobserwacyjne, aby sformułować na tej podstawie prawo. Dlatego Ernst Mach zgodnie z innym idealistami pokroju Davida Hume’a i Francisa Herberta Bradleya twierdził, że w badaniach przyrody mamy do czynienia tylko z wiedzą na temat wzajemnych powiązań pomiędzy zjawiskami. Idee i prawidła, które przedstawiamy sobie jako istniejące poza zjawiskami, istnieją tylko w naszej myśli. Teoria wyjaśniająca wykracza poza nieskończoną ilość pojedynczych zdań doświadczenia i dzieje się tak nawet w przypadku praw o niskim stopniu ogólności.

 

7. Racjonalność

Ateiści bardzo często twierdzą też, że tylko oni są racjonalni. Niemniej jednak ateista ma kolejny kłopot z uzasadnieniem nie tylko tego stanowiska, ale ma już nawet kłopot z uzasadnieniem stanowiska, że w ogóle jest on racjonalny. Aby zdefiniować, co to jest „racjonalność”, ateista powinien dysponować definicją racjonalności jeszcze przed jej sformułowaniem. Inaczej jego definicja będzie nieracjonalna. Ponadto wśród filozofów istnieje w tej chwili co najmniej szesnaście głównych definicji „racjonalności” ‒ i są one niezgodne między sobą. Ateista musiałby wiedzieć, która z definicji jest poprawna, zanim w sposób właściwy wybrałby tę poprawną definicję. Znowu tworzy to nieprzezwyciężalny dylemat. Istnieje wiele problemów związanych z zagadnieniem racjonalności i z punktu widzenia światopoglądu ateistycznego nie da się w żaden sposób uzasadnić, że ateista jest racjonalny. Mamy tu na dzień dobry trzy problemy. Po pierwsze światopogląd ateisty startuje od niczego, z próżni, będąc pozbawionym trwałych standardów i kryteriów, takich jak prawda, o czym wspominałem już wyżej. W poglądach ateisty mamy więc do czynienia z brakiem trwałego oparcia dla wszelkiego typu stwierdzeń związanych z racjonalnością. Oczywiście ateista może powiedzieć, że fundamentem jego racjonalności jest sam rozum. Jak to jednak uzasadnić? Aby to uzasadnić, ateista zawsze będzie musiał użyć rozumu. Uzasadnienie rozumu za pomocą rozumu będzie ponownie oznaczało wylądowanie w błędnym kole z argumentacją. Z góry trzeba przecież wtedy założyć to, czego ma się dopiero dowieść, a mianowicie, że rozum działa poprawnie i będzie w stanie czegokolwiek poprawnie dowieść. Niektórzy ateiści próbują od tego uciec i twierdzą, że można tu wyjść z błędnego koła przez odwołanie się do eksperymentu lub doświadczenia, które są odrębne od rozumu. To rozwiązanie jest jednak pozorne. Każdy eksperyment i każde doświadczenie i tak musimy zinterpretować za pomocą naszego rozumu, wracamy zatem do punktu wyjścia. Błędne koło pozostaje więc nawet wtedy, jeśli ateista spróbuje uprawomocnić poprawność działania swego rozumu za pomocą eksperymentu lub doświadczenia. Niżej jeszcze rozwinę to w podpunkcie d).

 

8. Falsyfikacja

Na koniec tej sekcji warto wspomnieć kilka słów o zagadnieniu falsyfikacji, która również jest coraz częściej wykorzystywana przez ateistów przeciw teizmowi. Idea falsyfikacji głosi, że wiarygodne mogą być tylko takie koncepcje, dla których możemy podać warunki ich obalenia (sfalsyfikowania). Głównym propagatorem koncepcji falsyfikacji we współczesnej filozofii nauki był Karl Popper. Zdaniem ateistów teizm jest koncepcją niefalsyfikowalną i przez to pozbawioną wiarygodności, ponieważ teiści nie są w stanie podać warunków jego obalenia. Większość wojujących ateistów nie wie jednak, że zagadnienie falsyfikacji zostało poddane bardzo krytycznej dyskusji wśród filozofów nauki i w zasadzie nie obroniło się przed zarzutami. Pierwszymi krytykami popperowskiej wersji falsyfikacji byli jego uczniowie, między innymi Imre Lakatos. Próbował on ulepszyć ideę swego nauczyciela, modyfikując ją poprawiając tu i ówdzie, ale bez powodzenia. Co gorsza, wersja Lakatosa wygenerowała nowe problemy, których nie rozwiązał on sam ani kontynuatorzy jego myśli. Ze swej strony wspomnę tylko o tym, że idea falsyfikacji jest bardzo często uważana za koncepcję wewnętrznie sprzeczną. Nie da się bowiem sfalsyfikować jej samej, czyli nie przechodzi ona przez własny test. A nawet gdyby dało się ją sfalsyfikować, to wtedy zostałaby obalona lub przynajmniej potencjalnie obalona. W tym drugim przypadku nie byłaby już pewna. Idea falsyfikacji nie jest więc niczym absolutnym, pozostając jedynie pewną arbitralną propozycją. Tym samym nie jest żadnym poważnym zarzutem przeciw teizmowi.

Po omówieniu głównych zagadnień, które niemal na pewno pojawią się w sporze między ateistą i teistą, przechodzę teraz do części metodologicznej. Sądzę, że wyżej udzieliłem już wielu pomocnych wskazówek. Natomiast poniżej daję pewne sugestie metodologiczne, jak dyskutować z ateistą. Zagadnienie rozbijam na podpunkty. Korzystam przy tym bardzo dużo z metod apologetyki presupozycyjnej, którą uważam za najlepszą obecnie szkołę prowadzenia sporu z ateistą. Apologetyka presupozycyjna to dziedzina wiedzy, która zajmuje się przede wszystkim krytyczną analizą założeń startowych ateisty. Od tych właśnie założeń bardzo często zależą dalsze wnioski ateisty, nie tylko te końcowe.

1) Apologeta presupozycyjny uważa, że ateista nie ma żadnych podstaw do formułowania swoich osądów (z reguły krytycznych wobec teizmu). Zamiast zgadzać się na możliwość wyciągania przez ateistę wniosków w dowolnej kwestii, apologeta presupozycyjny po prostu wskazuje właśnie, że ateista nie ma podstaw do tego, aby wyciągać jakiekolwiek zasadne wnioski w dowolnej kwestii (patrz wyżej punkt VII i kolejne punkty w tej sekcji, zwłaszcza a ‒ m). Nieważne, czy odnosi się to do osądów ateisty w sprawie przesłanek dotyczących istnienia Boga, teorii poznania, czy po prostu zasad etycznych (w tej ostatniej kwestii apologeci presupozycyjni wyjątkowo ostro i skutecznie atakują postulaty ateistów). Mówiąc w skrócie: apologeta presupozycyjny nie polemizuje z rozumowaniem ateistów. Nawet nie musi. Wskazuje bowiem, że ateista i tak nie ma jakichkolwiek podstaw do tworzenia swoich rozumowań. Nie ma potrzeby polemizować z rozumowaniem, które zostało podcięte i zakwestionowane już u swoich podstaw.

2) Dla presupozycjonisty punktem startu wszelkiego rozumowania jest nie tyle sam Bóg, co to, że bez Boga w ogóle nie można wystartować. Bez Boga nie ma sensu nawet zadawanie jakichkolwiek pytań, bo już samo pytanie zakłada jakąś prawdę bazową. To nie rozumowanie prowadzi do wiary w Boga, ale wiedza o istnieniu Boga jest koniecznym warunkiem poprawnego rozumowania (Greg Bahnsen). Oznacza to, że presupozycjonista uznaje za bezcelowe udowadnianie ateiście istnienia Boga. Dlaczego? Dlatego, że bez Boga jakiekolwiek rozumowanie i tak nie ma sensu i nie ma w czym tego rozumowania umocować. Apologeta presupozycyjny wskazuje, że jeśli Bóg nie istnieje, to nikt nie wbudował funkcji poznawczych w nasz umysł i nie zagwarantował wiarygodności naszych procesów myślowych. Tym samym krytyczne ocenianie przez ateistę jakichkolwiek przedstawianych mu dowodów również nie ma sensu, gdyż nie ma on dostępu do żadnych wiarygodnych kryteriów oceniających zakorzenionych w jakiejś prawdzie pewnej, i w ostatecznym rozrachunku i tak będzie musiał użyć swego rozumowania, które stoi właśnie pod znakiem zapytania.

3) W grę wchodzi tu tak zwany argument transcendentalny (nie mylmy z transcendentnym). Polega on z grubsza na tym, że gdy uznamy możliwość przeciwną, że Bóg nie istnieje, to żadne nasze rozumowanie nie ma już sensu. Żadne, włącznie z jakimikolwiek próbami podważania tegoż właśnie argumentu przez ateistę. Posłużmy się tu pewnymi analogiami. Nie ma sensu podważanie istnienia słów za pomocą słów. Byłby to wewnętrznie sprzeczny absurd. Musimy bowiem wpierw uznać istnienie słów, aby w ogóle o nich dyskutować. Tak samo nie ma sensu zaprzeczać zasadzie niesprzeczności, jeśli zechcemy jej zaprzeczyć. Znowu musimy bowiem wpierw uznać tę zasadę, jeśli chcemy spróbować cokolwiek w jej kwestii zanegować. Podobnie jest z istnieniem Boga: nie ma sensu podważać Jego istnienia, bo gdy to istnienie odrzucimy, to wszelkie nasze rozumowanie będzie już bezpodstawne, załamie się, włącznie z samym tym podważaniem. Nie udowadniamy więc ateiście istnienia Boga, tak samo jak a-słowakowi nie udowadniamy istnienia słów za pomocą słownika. Nie ma sensu rozmowa o jakichkolwiek dowodach z ateistą, bo dowód jest po prostu niemożliwy w jego światopoglądzie. Ateista wynosi się na pozycję sędziego w kwestii dowodów, choć nie ma ku temu żadnych racjonalnych podstaw. Owymi podstawami byłyby w tym wypadku wiarygodne kryteria prawdy i wnioskowania, których ateista zwyczajnie nie posiada, gdyż jego rozumowanie startuje od niczego i jest zawieszone w próżni.

Mamy tu więc taką sytuację, że uznajemy dane rozumowanie za konieczne, gdyż przyjęcie opcji przeciwnej doprowadziłoby nas jedynie do sprzeczności i absurdu. Jeśli odrzucimy istnienie Boga, to nie mamy żadnej gwarancji, że nasze rozumowanie jest w jakikolwiek sposób racjonalne. Wszelka polemika z tym argumentem presupozycjonistów również nie ma sensu, gdyż wraz z odrzuceniem Boga ateista odrzuca właśnie zasadność całej swej polemiki. W tym wypadku ateista nie jest w stanie wykluczyć tego, że tkwi w solipsyzmie (solipsyzm jest poglądem, że realnie istnieje tylko jeden podmiot i wszystko poza jego umysłem jest iluzją) lub w Matrixie, i wtedy jego myśli są kontrolowane przez kogoś innego lub są tylko chaosem, co oznacza, że nie będzie w stanie nadać im jakiejkolwiek wartości logicznej. Tylko istnienie Boga może nam zagwarantować, że nie tkwimy w solipsyzmie lub w Matrixie i rozumujemy poprawnie. Możemy być mózgiem w słoiku, gdzie ktoś kontroluje nasze myśli i nie będziemy o tym wiedzieć.

Czasem ateista ripostuje, że nie ma dobrych powodów, aby domniemywać, że jest mózgiem w słoiku. Mówi: z tego, że nie mogę udowodnić, że nie jestem mózgiem w słoiku, nie wynika, że jestem mózgiem w słoiku. Zatem zakłada, że rozwiązał problem solipsyzmu, bo jego myśli nie są sterowane przez Matrix i jest w stanie w tych kwestiach poprawnie rozumować w oparciu o prawdę. Ale przecież to jego przekonanie może być właśnie podsunięte przez Matrix lub być jego solipsystycznym złudzeniem. W Matrixie myśli mogą być nam dostarczane przez elektrody i manipulowane przez kogoś innego. Natomiast w solipsyzmie sami konstruujemy swe myśli i brak w nim odniesienia do jakiegoś ostatecznego i niepodważalnego kryterium prawdy. Tkwiąc w solipsyzmie, możemy równie dobrze konstruować zaprzeczenia wszystkich swych myśli i owe zaprzeczenia będą równoważne poznawczo temu, co zanegowaliśmy. Dlatego nie da się obalić solipsyzmu, bo każda nasza myśl jest tylko naszą subiektywną opinią i nie istnieją tam niezależne argumenty przeciw solipsyzmowi. Ateista nie może zatem w ten sposób odpowiedzieć.

Dla apologetów presupozycyjnych tak zwana apologetyka ewidencjonalna, gdzie teista próbuje udowadniać ateiście istnienie Boga, jest pozbawiona rozsądku. Po prostu dlatego, że ateista nie posiada jakichkolwiek obiektywnych kryteriów prawdy, za pomocą których mógłby ocenić przedstawiane mu ewentualne dowody. Ateista nie jest też obiektywny. Próby wykazywania istnienia Boga ateiście mogą co najwyżej doprowadzić go do deizmu. W jednym ze swoich filmów szkoleniowych Kanadyjczyk Sye Ten Bruggencate, jeden z najlepszych w tej chwili apologetów presupozycyjnych na świecie (polecam bezwzględnie wszystkie materiały na YouTubie z jego udziałem), opisuje pewien przypadek. Otóż jego znajomy udowodnił ateistce historyczność zmartwychwstania Jezusa. Czy uznała ona wtedy istnienie Boga chrześcijańskiego? Nie. Powiedziała, że zrobili to kosmici. Bruggencate podaje też przykład z człowiekiem, który wierzy, że jest martwy. Nic i nikt nie jest w stanie go przekonać, że tak nie jest. Gdy wszyscy jego znajomi i rodzina już poddali się, poprosili na końcu o pomoc lekarza, w nadziei, że może ten go przekona. Lekarz spytał więc delikwenta: „Czy trupy krwawią?”, na co ten odpowiedział: „nie”. Skoro serce zmarłego nie pompuje krwi, to nie może on krwawić, jak mniemał. Wtedy lekarz skaleczył domniemanego martwego w palec, aby przekonać go, że ten jednak nie umarł. Czy przestał on wierzyć w to, że jest martwy? Wcale nie. Zmienił zdanie i odpowiedział: „martwi krwawią”. Jak widać, to, jak interpretujemy dowód, nie ma nic wspólnego z samym dowodem. Górę wezmą i tak nasze uprzedzenia i założenia, z którymi podchodzimy do danego dowodu (wspomniałem już o tym wyżej w punkcie II). Dlatego apologeta presupozycyjny nie widzi sensu w udowadnianiu niczego ateiście, a zwłaszcza istnienia Boga. Zamiast tego woli się skupiać na założeniach ateisty.

 

         Warto zadać ateiście kilka pytań:

a) Czy możesz się mylić we wszystkim? Aby się nie mylić, trzeba mieć wszechwiedzę. Ale tylko Bóg ma wszechwiedzę i istnienie tego Boga odrzucasz. Jeśli we wszystkim się mylisz, to wykluczyłeś wszelkie swe twierdzenia jako sensowne i całą swą wiedzę, włącznie nawet z twierdzeniem, że możesz się we wszystkim mylić. Nie wiesz niczego.

b) Jesteś czegoś pewien? Bez Boga nie można być niczego pewnym. Jeśli więc niczego nie możesz być pewny, to skąd wiesz, że niczego nie możesz być pewny? Jest to sprzeczność. Skąd wiesz, że nic nie wiesz? Znowu sprzeczność. Ponownie ‒ nie wiesz niczego.

c) Skąd wiesz, co jest prawdą lub nieprawdą? Masz dostęp do jakiejś prawdy? Jeśli nie, to wszystkie twoje twierdzenia są bezpodstawne i zaprzeczasz sam sobie, gdy zakładasz jakąś prawdę w swych twierdzeniach, roszcząc sobie prawo do wiedzy, której nie masz.

d) Jeśli masz dostęp do jakiejś prawdy, to na czym ją opierasz? Powiadasz, że pewność twoich wniosków gwarantuje nauka, eksperyment i doświadczenie. Ale nawet jeśli inni naukowcy coś mówią, to i tak musisz użyć swego rozumowania, aby to ocenić. A więc oceniasz to wszystko i tak swoim rozumowaniem. Jednak skąd wiesz, że twoje rozumowanie jest w ogóle poprawne, skoro też oceniasz je tym samym rozumowaniem? To błędne koło. Powołanie się na naukę, eksperyment i doświadczenie nie jest zatem żadnym wyjściem w tej sytuacji. Nie jest też żadnym wyjściem z tej sytuacji powoływanie się przez ateistę na rzekomą skuteczność i efektywność jego rozumowania. Skuteczność też musi bowiem zostać oceniona rozumem, więc nadal jest to błędne koło uzasadniania rozumu za pomocą rozumu. Czasem ateista mówi też, że jego przetrwanie w świecie jest gwarancją poprawnego stosowania przez niego jego własnych myśli. Ale przecież można przetrwać też dzięki pomyłce. Przetrwanie nie jest więc dowodem na poprawność rozumowania ateisty. Co to w ogóle ewolucję obchodzi, czy ateista przeżyje, czy nie? Idea skutecznego i efektywnego działania jest ponadto obarczona regresem do nieskończoności. Nigdy jej nie udowodnimy, bo zawsze będziemy musieli odwołać się do tej samej idei efektywności w działaniu, której przecież mamy dopiero dowieść. Regresem do nieskończoności jest zresztą obarczona również każda próba udowodnienia przez ateistę, że jego zmysły mówią mu prawdę o świecie. Dlaczego oczy widzą? Bo mózg „obrabia” ich obraz. A skąd to wiesz? I tak można pytać w nieskończoność. Nieskończony regres ‒ ponownie (albo błędne koło, gdy będziemy próbowali udowodnić wiarygodność naszych zmysłów za pomocą tychże zmysłów). Nie da się udowodnić wiarygodności postrzeżeń zmysłowych. Ateista nie ma gwarancji nawet tego, że jego zmysły mówią mu jakąkolwiek prawdę o świecie.

e) Czy inni mogą się mylić? Skąd wiesz, że nie jesteś jednym z nich? Aby to wiedzieć, musiałbyś mieć zagwarantowane poprawne rozumowanie. Ale nie masz i tym samym nie wiesz, czy się nie mylisz we wszystkim. Gdy ateista mówi, że teista też może się mylić, to skąd to wie, skoro ateista może mylić się we wszystkim i nawet w tym, że teista może się mylić? Wszelkie krytyczne opinie ateisty o apologetyce presupozycyjnej i teizmie są więc bez znaczenia.

f) Skąd bez posiadania dostępu do jakichś zasad uniwersalnych wiesz, że coś się stosuje uniwersalnie do świata, na przykład logika lub metoda naukowa?

g) Wiara w Boga jest nielogiczna, zdaniem ateisty. Ale skąd ateista wie to bez Boga, jako ostatecznej podstawy gwarantującej wiarygodność poznania rozumowego, że jakaś logika w ogóle istnieje? Wewnętrznie sprzeczne twierdzenie.

h) Co jest złego w byciu nielogicznym? Przecież dla ateisty jesteśmy tylko przypadkowym zlepkiem komórek, które wyewoluowały z pierwotnej zupy prabiotycznej. Czy przypadkowy zlepek komórek może być w ogóle logiczny lub nielogiczny? Sye Ten Bruggencate porównuje tę sytuację do dwóch różnych butelek z napojem gazowanym, które po wstrząśnięciu wydzielają pianę. Czy te piany czymś się od siebie różnią? Dla ateisty nasze myślenie jest z reguły ubocznym produktem ewolucji darwinowskiej, chemicznym procesem, taką pianą powstałą po wstrząśnięciu dwóch różnych butelek. Czy jest sens przypisywać wartość logiczną takim dwóm różnym pianom? Jak widać po tym przykładzie, ateista nie jest w stanie w żaden sposób wykazać wyższości swego rozumowania nad rozumowaniem teisty. Z punktu widzenia darwinowskiego światopoglądu ateisty nie da się zróżnicować jednej piany względem drugiej piany w kwestii ich jakiejkolwiek sensowności.

i) Czy logika może podlegać zmianom i nie odzwierciedla myśli Boga, w którego nie wierzysz?

j) Jeśli logika podlega zmianom i pewnego dnia na zasadzie umowy zgodzono by się, że sprzeczność w logice nie jest niczym złym, to czy ateista by to uznał?

k) Jeśli pewnego dnia na zasadzie umowy zgodzono by się, że jest w porządku być nielogicznym, to czy ateista by to uznał?

l) Na jakiej podstawie uważasz, że twoje rozumowanie jest logiczne? Nie możesz udowodnić swego rozumowania i jego logiczności za pomocą logiki i swego rozumowania, bo znowu wylądujesz w błędnym kole. Musisz więc przyjąć arbitralnie i na wiarę istnienie logiki i poprawności swego rozumowania.

m) Jednak skoro logika tak po prostu dla ciebie istnieje, bez konieczności udowadniania jej zasadności, to czemu Bóg też nie może tak po prostu istnieć?

n) Z punktu widzenia ateisty nie ma też sensu jakakolwiek etyka, ponieważ nie wierzy on w istnienie obiektywnych prawd moralnych, które miałyby status absolutny. Z punktu widzenia perspektywy ateisty Hitler nie czynił źle, ale po prostu czynił inaczej. Apologeci presupozycyjni mocno przyciskają w kwestiach etyki i pytają ateistów w czasie debat: czym się różni jedzenie cukinii od jedzenia dzieci? Czy to źle jeść dzieci? Ateiści nie są w stanie udowodnić, że jest w tym coś złego, bowiem nie posiadają absolutnych standardów moralnych. Twierdzą tylko, że gdybyśmy zaczęli jeść dzieci, to przestalibyśmy istnieć jako gatunek. Jeff Durbin, jeden z najwybitniejszych obecnie apologetów presupozycyjnych na świecie, zadaje więc ateistom pytanie: „no i co z tego?”. Dla ewolucji nie ma to znaczenia. Jeśli inny ateista uzna, że powinniśmy jako gatunek wyginąć i jeść dzieci na rzecz ochrony środowiska planety, to żaden ateista nie będzie w stanie podważyć jego opinii za pomocą swojej opinii, która będzie tylko jedną z wielu subiektywnych opinii, a nie jakąś prawdą ostateczną. Nawiasem mówiąc, są już tacy, którzy zalecają kanibalizm w celu ochrony środowiska naturalnego. Jednym z adwokatów takiego myślenia jest Szwed Magnus Söderlund. Jeśli któryś ateista się z nim nie zgadza, to na podstawie jakiego obiektywnego kryterium? Nie ma takiego kryterium. Z perspektywy ateisty nie ma więc żadnej moralnej różnicy między jedzeniem dzieci a jedzeniem cukinii.

o) Czasem pytając ateisty, czy wie cokolwiek, spotykam się z odpowiedzią, że ateista wie na pewno, że istnieje. Kartezjańskie „myślę, więc jestem” dobrze ilustruje ten sposób rozumowania. Jednakże kartezjańskie „myślę, więc jestem” opiera się na błędnym kole, bo odgórnie zakłada to, co ma dopiero zostać dowiedzione („jestem” jest zawarte w „myślę”). Wniosek jest tu zawarty w przesłance. Ateista nie może zatem za pomocą poprawnego logicznie rozumowania wykazać nawet tego, że on sam w ogóle istnieje.

I to tyle w temacie metodologii dyskusji z ateistą. Sądzę, że powyższy przegląd zagadnień dość wyczerpująco i zarazem stosunkowo zwięźle naświetlił nam, w czym dokładnie tkwi problem. Można by pewnie te kwestie jeszcze długo dalej rozwijać, aż powstałby tekst o objętości książki. Niemniej jednak nie o to chodziło. Celem tej rozprawki było zarysowanie jak największej liczby problemów przy jednoczesnym skumulowaniu ich do jak najmniejszej jednostki tekstu. Czy to się udało ‒ czytelnik sam osądzi.

 

Jan Lewandowski